niedziela, 6 lutego 2011


i to by bylo na tyle.
dziekuje wam za uwage. :)

niedziela, 30 stycznia 2011



-wygladasz teraz niczym divy, ktorych obrazami tak chetnie sie otaczasz.

zmruzyla oczy i poslala mu nieznaczacy usmiech, zastanawiajac sie jednoczesnie nad tym, czym zaslugiwala na tak trywialne komplementy. byc moze miala juz za soba zbyt wiele romansow, by moc docenic ow kolejny, byc moze jej wymagania staly sie z czasem zbyt wygorowane, by moc nasycic tak bardzo nieposkromiony apetyt. byc moze... nie, tej mysli starala sie do siebie nie dopuscic.
nie teraz. nie dzis, kiedy przeciez.

gdy nastepnego dnia dyskretnie zamknal za soba drzwi odetchnela z ulga i rozpoczela przygotowania na spotkanie z przyjaciolmi, beztroska gawiedzia, pozbawiona problemow finansowych i moralnych dylematow. przepelniona dziecieca niemalze radoscia liczyla na to, ze wreszcie bedzie mogla uciec choc na chwile myslami od calej tej uciazliwej sytuacji. gdy jednakze stanela przed lustrem uswiadomila sobie nagle, ze przeciez nie bedzie w stanie przebyc chocby nastepnych kilku centymetrow. drzac na calym ciele ledwo dowlokla sie do fotela bezskutecznie szukajac odpowiedzi na to po co i dlaczego. jaki sens moglaby miec cala ta historia, te niby nic nie znaczace wydarzenia.

wydarzenia, ktorych poczatek mial miejsce pewnego upalnego wieczoru.
wowczas to zajeta byla wlasnie podlewaniem ich ogrodu, podczas gdy on z zona i dziecmi wybral sie na dlugi i kosztowny urlop do odleglych krajow. nie sadzila jeszcze wtedy, ze on powroci kilka dni wczesniej, podajac za pretekst obowiazki zawodowe. nie przypuszczala, ze zaproponuje jej kolacje i kieliszek wina oraz odwiezienie do domu, w ramach wdziecznosci za przyjacielska przysluge, mimo jetlagu, mimo potwornego zmeczenia. przystala, przeczuwajac rozwoj dalszego ciagu zdarzen i mimowolnie przyzwalajac na to, co mialo nastapic potem.

to on nalegal na przekroczenie tej granicy. upajal ja alkoholem, kwiatami, komplementami. zaskakiwal nieoczekiwanymi wizytami, spontanicznymi wycieczkami, nocami w odleglych miastach i stylowych, dyskretnie anonimowych hotelach. nie musial uciekac sie do specjalnych srodkow. wiedzial doskonale, ze plawila sie w swej depresji odkad tylko setki podatnikow na mocy lekarskiej decyzji zmuszone zostaly do sponsorowania jej przypadlosci. wyczuwal, ze predko i szybko zdobedzie jej przychylnosc, pozwalajac dojsc do glosu temu, co od lat ich laczylo.

ona z kolei bezblednie wyczuwala niezrecznosc i cala te niestosownosc sytuacji. mimo to ulegala mu coraz bardziej, nie potrafiac stawic aktywnego oporu, nie dopuszczajac do siebie mysli o zdradzie a zarazem udajac wysmienita przyjaciolke jego zony. nawet swiadomosc faktu, iz on nigdy nie zdecyduje sie na to by opuscic swa malzonke /jego pozadanie nosilo znamie zbyt duzego wyrachowania/ nie zniechecilo jej do podtrzymania owej toksycznej relacji.
wielokrotnie przemysliwala powod, dla ktorego pozwalala soba manipulowac w tak banalny sposob, zwiazana niemoca, bez szansy na wrywanie sie z pozbawionego jakichkolwiek fundamentow czy tez glebszych doznan uzaleznienia. przygladala sie samej sobie z niejakim zdziwieniem, tak, jak gdyby trudno bylo jej samej uwierzyc w fakt, ze to, co przeciez nie wyplywa z jej serca, ze to co ogarnia ja z zewnatrz tak bardzo moze zawladnac jej swiatem i pochlonac jej mysli. i nawet jej zadza uczuc czy tez pragnienie poczucia bezpieczenstwa zdawaly sie byc tu nie na miejscu, gdyz pozbawione szansy na jakiekolwiek spelnienie jawily sie byc tylko groteskowym dopelnieniem calosci. w calej tej sytuacji najbardziej jednak dziwil ja fakt, ze i jemu trudno bylo sie od tego wszystkiego oderwac. on cierpial przeciez niemniej niz ona! rowniez zmuszony byl grac, odnalezc sie w tej chorej zaleznosci, tlamsic swe pragnienia, a jednak nie potrafil zakonczyc tej historii najzwyczajniej i egoistycznie zostawiajac wszystko za soba, chlodno i bez zalu.

kiedy juz opanowala drzenie rozejrzala sie powoli po mieszkaniu. jej wzrok padl na fotografie rity hayworth. i nagle zrozumiala dlaczego sen, ktory tak pieknie przez tyle miesiecy trwal nagle przerodzil sie w koszmar.
on tak naprawde nigdy jej nie pozadal. miedzy nimi nie bylo nic... oprocz ubostwienia projekcji, projekcji bedacej wytworem jego wyobrazni: gildy.

niedziela, 21 listopada 2010



nie, chyba nie bylabym zagorzala czytelniczka wlasnego bloga, mimo, ze odczuwam don pewnego rodzaju sentyment, ba!, co wiecej, nawet go lubie. ale mniemam, ze zbyt predko znuzylyby mnie owe misternie plecione slowne przekladanki, ktore, co w tym wszystkim zdaje sie byc najbardziej absurdalne, wydarzyly sie naprawde. i naturalnie, a jakze, tu i owdzie ukazane one zostaly w zbyt jaskrawym swietle, z dorysowanym wasikiem i drewniana noga. lecz bezspornym faktem jednak pozostanie to, iz zarys architektoniczny calej konstrukcji oddany zostal tu az nazbyt wiernie.
i coz. nawet jesli mozolnie, po wieloletnich trudach uda mi sie nabrac do wielu rzeczy dystansu, jesli zdolam przyswoic sobie trudna sztuke negocjacji, cierpliwosci, brodatego medrkowania i czego by tam jeszcze, to i tak charakter tutejszych wpisow nie ulegnie zmianie.

bo zawsze trafiac bede na okreslony typ mezczyzny i wzajemna fascynacja bedzie stanowila kolejny podklad do kolejnego dramatycznego scenariusza.
chociaz kto wie, moze wowczas juz nie bede fascynowac zonatych, ktorzy wracajac z pracy przypadkiem zapragna zlozyc mi wizyte celem naprawienia mi komputera i przy okazji niewinnego niby podarowania czekoladek? moze przestana mnie interesowac pieknoduszne meskie narcyzowania, ktore bezwarunkowo i wciaz od nowa wymagac beda admirowania, skladania im holdow, oferujac mi w zamian cuda sztuki poetyckiej, malarskiej, etc? i ktore nie znosza chocby cienia uczuciowej niesubordynacji, urzadzajac wowczas dantejskie sceny zazdrosci slowami ungarettiego? i wreszcie, moze przestane biegac na randki z tymi, ktorzy niezobowiazujaco i bezdzietnie, ale jakze ach intelektualnie i gornolotnie niczego bardziej nie pragna jak wiesc ze mna wieczny zywot?

zdaje sie, ze marne szanse na poprawe i na to, ze moj kochany madry m. oddalony o tysiace kilometrow przestanie byc karmiony owymi pensjonarskimi opowiastkami. mimo, ze nie sprawia wrazenia znudzonego. mimo, ze wciaz i na nowo, podczas kazdej kolejnej nadarzajacej sie pelni, probuje mi przyjacielsko dowiesc, ze istnieje roznica pomiedzy arogancja, pewnoscia siebie a poczuciem wlasnej wartosci. ze przeciez osoba pewna siebie zawsze zachowuje sie bardziej agresywnie niz powinna a osoba posiadajaca poczucie wlasnej wartosci po prostu nic juz nie musi. nie posiada wladzy, nie dazy do niej, nie potrzebuje jej. nie szuka czegos, czego jej nie trzeba. nie udowadnia. nie porywa sie na z gory przekreslone wyzwania.

gdyz

to inni walcza o nia.

sobota, 6 listopada 2010


kiedy juz udalo mi sie mozolnie zagrzebac szczatki wspomnien wieczerzystej rozmowy w sluchawce rozlegl sie glos r. z zapytaniem o spotkanie. jak gdyby nigdy nic. bo moze jednak mialabym ochote. bo przeciez to nie do konca tak jak wtedy i moze rzeczowo i na bardziej chlodno znalezlibysmy jakis konsens. i w sumie dlaczego by nie.

wiec dobrze, wiec gdzie i kiedy. wiec przystalam.
po odlozeniu sluchawki drzenie i po raz tysieczny rozwazania odnosnie tego na ile bede mogla byc soba, na ile kobiecosci moge sobie pozwolic a ile punktow z czarnej listy zmuszona bede dyplomatycznie przemilczec.

r. obsypal mnie na powitanie komplementami po czym otoczyl troskliwie ramieniem i juz mniej troskliwie armia krytycznych argumentow, dochodzac do wniosku, ze on bardzo, ze sprobujmy, ale... wysluchalam cierpliwie wszystkich przykazan i juz po kilku upojnych chwilach zalowalam, ze znalazlam sie wlasnie przy tym stoliku. otoz mam zracjonalniec, mam ulec cudownej przemianie vel zmaskulinizowac sie i o zgrozo jakby tego wszystkiego bylo malo zapomniec o tym, ze kiedykolwiek r. bedzie chcial miec ze mna dzieciatka. niech zyja romantyczne wizje i dowody milosci.

slicznie, a zatem biore udzial w programie: szukamy sobowtora. ktory bedzie jednak wyposazony w kilka dodatkowych, praktyczynch cech, umilajacych zycie typu kucharzenie, sprzatanie etc.
i ktory rzecz jasna pozbawiony bedzie jakiejkolwiek sily charakteru, ze o wyraziscie zakreslonej tozsamosci nie wspomne.

a jednak. jednak spotkanie nie okazalo sie straconym czasem, poniewaz r. zdolal wprawic mnie w oslupienie wiara w to, ze jesli obstawi sie kogos tysiacami murow, to ow bedzie nadal szczesliwy i zacznie sie realizowac i radosnie rozwijac swoj potencjal. to troche tak jakby oznajmic uzdolnionemu dziecku, ze jest genialne, po czym wyslac je do kamieniolomow, a w czasie wolnym obwarowac psychodelicznymi profesorkami, skostnialymi instytucjami, pozbawic dodatkowych zajec i pomnozyc zasob presji oraz oczekiwan wobec jego zdolnosci w nieskonczonosc.

otoz niestetyz.

nigdy nie bylam dobra w biegu przez plotki. do dlugodystansowcow rowniez nie nalezalam. i bez znaczenia bylo dla mnie czy rozwscieczony wuefista wykrzykiwal i dopingowal, marzac, abym tylko nabrala tempa, a tym samym odbierajac moj bieg jako obraze wlasnej godnosci. choc w sumie kto wie, moze nawet mial racje? moze przyczyna mojego wolnego tempa nie lezala jedynie w konstytucji fizycznej czy tez nieodpowiednio dobranym obuwiu, ale przede wszystkim w pielegnowanym przez lata buncie przeciwko definiowaniu mej inteligencji /czy tez mej osoby ogolnie/ w sposob kapitalistyczny? patrzenia na nia przez makiawelistyczna wrecz lupe konkurencji, wartosciowania, mierzenia i przydatnosci docelowego spozycia?

wyglada zatem na to, ze naleze do rodziny niejadalnych, zlotych, holdujacych wygodnej stagnacji rybek. stworzen, ktore po uplywie sekundy zapominaja juz jaki odcinek drogi przemierzyly i dokad w sumie plyna. ktore wola tkwic w znanych i oswojonych mechanizmach, albowiem instynktownie czuja, ze opuszczenie bezpiecznego szkielka byloby jednoznaczne ze stawieniem czola rzeczywistosci. i wrogiemu swiatu tam gdzies. na zewnatrz. za szyba.

poniedziałek, 25 października 2010



no author, who understands just the boundaries of decorum & good-breeding would presume to think all: the truest respect which you can pay to the reader's understanding, is to halve this matter amicably, & leave him something to imagine, in his turn, as well as yourself, for my own part, i am eternally paying him compliments of this kind, & do all that lies in my power to keep his imagination as busy as my own.

laurence sterne

sobota, 23 października 2010

ostatnia wieczerza


kylie bax, helmut newton.


idealna kompozycja. tworzona tygodniami, przemysliwana i przezywana juz od miesiecy. gesta, zawiesista, ciemna, aromatyczna, intensywna. powoli i pewnie opanowujaca podniebienie. hipnotyzujaca juz od pierwszego kesu, zawladniajaca zmyslami i nie pozwalajaca sie odpedzic, wprawiajac jednoczesnie w oslupienie i skazujac na opetanie. z luboscia, niecierpliwym oczekiwaniem i dziecieca jak zwykle naiwnoscia oddalam sie zatem wychwytywaniu poszczegolnych skladnikow tego niebywalego spektrum rozkoszy. r. usmiechnal sie dolewajac sobie kolejny lyk wina. po czym spojrzal mi prosto w oczy i nie przerywajac krojenia krwistego befsztyku kontynuowal swoj monolog.

- wiesz, dlugo o tym wszystkim myslalem. i zmuszony jestem stwierdzic, ze..., ze to wszystko nie dla mnie.

- ?

- no, nie dla mnie te inscenizacje, nie dla mnie te wyrafinowane bielizny, stroje, perfumy, makijaze, potrawy, slowa, mysli. ja zostalem zupelnie inaczej wychowany.

-??

- otoz mnie pociagaja kobiety androgyniczne, wyemancypowane, takie, ktore podobnie jak i ja nie wiedza jak pisze sie slowo dzentelmen. bo nigdy o tym slowie nie slyszaly. a swiat w jakim ty sie poruszasz to wg mnie swiat sztuczny, swiat anachroniczny, jestes dla mnie zbyt kobieca. rozumiesz?

- nie. hm, tzn. tak i nie. ale kontynuuj.

- kurcze. nie zrozum mnie zle. ty jestes wyksztalcona, madra, urodziwa. ale jestes kobieta. taka rasowa. a ja z takimi jednak nie potrafie. jestes zbyt swiatowa. zbyt zjawiskowa. masz piekny styl, ale nie pasujacy do mnie. ty bardzo akcentujesz kobiecosc, a ja nie zwracam uwagi tak na wyglad. i tego oczekuje od mojej partnerki. tego, zeby byla wyemancpowana od tych wszystkich schematow damsko meskich. zeby miala w dupie pojecie dzentelmena. taki we mnie nie mieszka.

unioslam brew. odlozylam sztucce. stracilam jakikolwiek apetyt. omiotlam spojrzeniem moje mieszkanie i moja garderobe. dzinsy i koszula. bardziej mesko chyba juz nie bylo mozna. r. dostrzegl moja reakcje. po czym dodal napredce:

- nie nie. to nie tak jak myslisz. to nie tylko ubior, to tez twoje zachowanie. obojetnie co masz na sobie przykuwasz uwage, zle sie czulem bedac z toba w kawiarni. mezczyzni przy sasiednim stoliku nie spuszczali z nas przeciez oczu. moze ty nie pasujesz do tutejszego swiata. moze powinnas zyc w jakiejs metropolii albo w 18 wieku. ale tu jestes ewenementem. diva. i ja tego nie uniose. nie przystajemy do siebie.

nie wierzylam wlasnym uszom. ktos, kto biegal za mna od miesiecy. ktos kto pisal mi niewiarygodnie piekne, madre, cieple listy z nagla i niespodziewanie podaje mi zmrozony kawalek deseru. i bezlitosnie wpycha mi go do buzi. tak, jak gdyby wczesniej nie dostrzegal, kim jestem i jak sie zachowuje. a wszytsko to dlatego, ze nagle doznal olsnienia i czym predzej rzucil sie do ucieczki, gnany panika. kosztem moich uczuc. moich mysli. moich pragnien. trudno bylo mi zrozumiec, ze ktos, kogo slowa tyle znacza, ktos kto bez najwiekszego wysilku skupia na sobie uwage studentow czy tez sluchaczy w sali sadowej potrafi tak bardzo ulec obawie przed tym, ze moglby nagle zostac zepchniety do roli statysty. nie liczy sie uczucie. liczy sie tylko to jakie wrazenie sprawiam na zewnatrz. i jak bardzo jego swiat moglby ulec przez to zagrozeniu. ogarnal mnie przerazliwy smutek. i spogladajac w kierunku rozbebeszonych ksiazek judith butler na biurku resztkami sil zodbylam sie na ostatni gest amazonki.

- nie bede probowala zmieniac twej percepcji mej soby, drogi r., tak, jak nie bede zmieniala siebie po to, by ktos mnie zaakceptowal taka jaka jestem. ale jesli twierdzisz, ze stoisz ponad stereotypami, ponad akcentowaniem kobiecosci czy tez meskosci, to dlaczego nadal odgrywa to tak powazna role dla ciebie? dlaczego tak bardzo probujesz sie od tego odgraniczyc? czynisz to tak intensywnie, ze deprecjonujesz przez to wszystkie inne cenne skladniki naszej znajomosci. ze juz nie wspomne o uczuciu.

- nie potrafie tego zmienic, droga a. ale... ale moj ostatni zwiazek byl wlasnie z taka kobieta i wiem, ze tego juz kolejny raz nie zniose.

- wyglada zatem na to, ze cala ta "milosna" tyrada miala innego adresata? od ktorego tak bardzo pragniesz sie odgraniczyc? i przypadkiem napatoczylam sie ja? wiesz, ja nie przepadam za androgynicznymi mezczyznami. sa dla mnie zbyt niezdefiniowani. ja lubie silnie zarysowane kontury, ty zdawales sie takowe posiadac. cenie przed wszystkim mezczyzn, ktorzy wiedza czego chca. i - wybacz mi, ze znow bede stereotypowa, ale ponoc stygmat sprawia, ze czynimy wszystko by sie do niego dopasowac - potrafia to zdobyc. a skoro juz jestesmy przy temacie, mam nadzieje, ze jestes androgyniczny na tyle, by wyczuc ow nietakt i zamowic sobie taksowke....

wtorek, 17 sierpnia 2010

don't


woman writing a letter with her maid /detail/, vermeer, 1670/71.

if it doesn't come bursting out of you in spite of everything, don't do it. unless it comes unasked out of your heart and your mind and your mouth and your gut, don't do it. if you have to sit for hours staring at your computer screenor hunched over your typewriter searching for words, don't do it. if you're doing it for money or fame..., don't do it. if you're doing it because you want women in your bed, don't do it. if you have to sit there and rewrite it again and again, don't do it. if it's hard work just thinking about doing it, don't do it. if you're trying to write like somebody else, forget about it. if you have to wait for it to roar out of you, then wait patiently. if it never does roar out of you, do something else. if you first have to read it to your wife or your girlfriend or your boyfriend or your parents or to anybody at all, you're not ready. don't be like so many writers, don't be like so many thousands of people who call themselves writers, don't be dull and boring and pretentious, don't be consumed with self-love. the libraries of the world have yawned themselves to sleep over your kind. don't add to that. don't do it. unless it comes out of your soul like a rocket, unless being still woulddrive you to madness orsuicide or murder, don't do it. unless the sun inside you is burning your gut, don't do it. when it is truly time, and if you have been chosen, it will do it by itself and it will keep on doing it until you die or it dies in you. there is no other way. and there never was.

charles bukowski

poniedziałek, 19 października 2009

firnissage


turner, william

nie.

poniewaz byloby to dla mnie w pewnym sensie rownoznaczne z procesem reinfantylizacji. nie po to zmienialam miejsce zamieszkania, numer telefonu, etc., ulegajac przy tym memu doprowadzonemu do perfekcji eskapizmowi, aby (p)oddac sie
g. ponownie. nie po to przez caly rok systematycznie i mozolnie budowalam zasieki, znakomicie zdajac sobie przy tym sprawe z faktu, ze juz nigdy nie bede w stanie zrekonstruowac samej siebie takiej, jaka bylam przed owym wydarzeniem.

przed.

wowczas to jeszcze pysznie zywilam w sobie przekonanie, ze nic i nikt nie bedzie mnie juz w stanie zaskoczyc. zaden rodzaj spojrzenia, dotyku, pochwycenia. poniewaz wszystko juz bylo. i dlatego tez zachowanie kontroli, czy tez nieuleganie jakimkolwiek niezechcianym wplywom nie bedzie stanowilo dla mnie najmniejszego problemu. a jednak. w owym rauszu, festynie narcyzmu, samouwielbienia, zmudnym procesie dystansowania sie i konstytuowania mego miniswiatka umknal mi jeden dosc istotny szczegol, a mianowicie ten, ze to, co byc moze spotka mnie w przyszlosci niewiele bedzie mialo wspolnego z grzecznym statycznym obrazkiem, obok ktorego bedzie mozna przejsc obojetnie, nad ktorym bedzie mozna zapanowac.

w najsmielszych snach nie przeczuwalam, ze napotkam na mej drodze monalize mego zycia, dzielo, ktorego istnienie wyrazic bedzie mozna tylko z czasowym odstepem, na zimno, w formie suchego pisemnego sprawozdania. albowiem zbyt swiadome bylo ono swej sily oddzialywania. kopiowane, parodiowane, falsyfikowane, podziwiane niezliczona ilosc razy, figlarnie kokietujace swymi swiatlocieniami i dzieki swemu bogatemu spektrum srodkow, bedace w stanie uwiesc niemalze kazdego. w zwiazku z czym usmiechalo sie tylko poblazliwie na widok kolejnego falsyfikatu, czy tez odbiorcy odczuwajacego nadmierny respekt wobec niego. i nigdy nie przyszloby mi na mysl zatrzymac sie przy nim na dluzej, okazac mu tak otwarcie moj zachwyt i uwielbienie, gdyz nie pozwolilaby mi na to duma. duma, ktora byc moze zaslepila mnie na tyle, iz lekkodusznie porzucajac obawy przecenilam jego magie i sile przyciagania.


jednakze z tego wszystkiego zdalam sobie sprawe duzo pozniej, a wowczas jakiekolwiek analizy czy tez reakcje pozbawione bylyby sensu a mimo to nie potrafilam sie ich wyrzec. wciaz obliczajac w myslach kazda miniona chwile i kazde zachowanie, jakie mialo miejsce, tylko po to, by ulec zwodniczej iluzji zrozumienia, a co za tym idzie wreszcie moc poczuc sie bezpiecznie, gdzies daleko poza jego zasiegem, jego zakresem wladzy absolutnej. teraz wiem, ze takowe miejsce nie istnieje, nie mozna umknac fascynacji emanujacej tak niepojeta, wysublimowana sila. mozna jedynie na chwile uciec w zapomnienie, ale juz po chwili wkradna sie owe dyskretne swiatlocienie, potrzasajce fundamentami i sprawiajace, ze kazdy najdrobniejszy szczegol zyskuje moznosc odrebnego, suwerennego istnienia, nie dominujac przy tym caloksztaltu, nie niwelujac ladu kompozycji. kompozycji niespotykanego kontrastu swietlistych i mrocznych cech, inspirujacych wyobraznie i tworzacych cos pomiedzy, cos nieuchwytnego, zaszyfrowanego, zawdzieczajacego swa egzystencje owemu niekonczacemu sie napieciu.

w efekcie czego moj zachwyt stawal sie coraz to bardziej bezkrytyczny, a porzadek swiata coraz bardziej zaklocony. z czasem przestaly przerazac mnie jego sceny zazdrosci. przestala zadziwiac dychotomia jaka wywolywaly w nim roznice oczekiwan pomiedzy zmyslowymi zadzami a intelektualnymi potyczkami. oswoilam sie z jego silnie rozwinieta seksualnoscia oraz faktem, ze godnosc utracila swa wartosc ustepujac miejsca gwaltownosci, zaborczosci, szowinistycznemu zarzadzaniu intymnoscia. kontury dziela zaczely rozmazywac sie coraz to bardziej, a ja nie potrafilam juz dostrzec zarysow, na ktorych moglabym oprzec cala misternie tworzona konstrukcje tak, jak czynilam to do tej pory. az w koncu, odarta z jakichkolwiek wartosci i pozbawiona wolnosci interpretacyjnej dziela, zamarlam w bezruchu.

-skad masz moj numer?
-od t.
-t.?
- t. z wydawnictwa, wlasnie bylismy na kawie.
-mhm
-bedziesz na targach?
-nie
-...
-popadlabym w klaustrofobie, nie potrafilabym, wiedzac, ze...
-wiem, ja rowniez nie. po raz pierwszy od 30 lat nie pojade. ale chcialbym sie z toba zobaczyc.
-po co? zeby moc popodziwiac estetyke ruin?
-moze po to by ja uwiecznic? zbudowac na nich cos nowego? nadac im nowego znaczenia?
-sa juz niezamieszkiwalne. nie zniosa nawet najlzejszego japonczyka z aparatem. zostawmy je ich melancholijnej godnosci.


piątek, 31 lipca 2009

franck juery

wciaz w zmruzonym oku cyklonu

piątek, 10 lipca 2009