Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gustav klimt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gustav klimt. Pokaż wszystkie posty

6.11.2010


kiedy juz udalo mi sie mozolnie zagrzebac szczatki wspomnien wieczerzystej rozmowy w sluchawce rozlegl sie glos r. z zapytaniem o spotkanie. jak gdyby nigdy nic. bo moze jednak mialabym ochote. bo przeciez to nie do konca tak jak wtedy i moze rzeczowo i na bardziej chlodno znalezlibysmy jakis konsens. i w sumie dlaczego by nie.

wiec dobrze, wiec gdzie i kiedy. wiec przystalam.
po odlozeniu sluchawki drzenie i po raz tysieczny rozwazania odnosnie tego na ile bede mogla byc soba, na ile kobiecosci moge sobie pozwolic a ile punktow z czarnej listy zmuszona bede dyplomatycznie przemilczec.

r. obsypal mnie na powitanie komplementami po czym otoczyl troskliwie ramieniem i juz mniej troskliwie armia krytycznych argumentow, dochodzac do wniosku, ze on bardzo, ze sprobujmy, ale... wysluchalam cierpliwie wszystkich przykazan i juz po kilku upojnych chwilach zalowalam, ze znalazlam sie wlasnie przy tym stoliku. otoz mam zracjonalniec, mam ulec cudownej przemianie vel zmaskulinizowac sie i o zgrozo jakby tego wszystkiego bylo malo zapomniec o tym, ze kiedykolwiek r. bedzie chcial miec ze mna dzieciatka. niech zyja romantyczne wizje i dowody milosci.

slicznie, a zatem biore udzial w programie: szukamy sobowtora. ktory bedzie jednak wyposazony w kilka dodatkowych, praktyczynch cech, umilajacych zycie typu kucharzenie, sprzatanie etc.
i ktory rzecz jasna pozbawiony bedzie jakiejkolwiek sily charakteru, ze o wyraziscie zakreslonej tozsamosci nie wspomne.

a jednak. jednak spotkanie nie okazalo sie straconym czasem, poniewaz r. zdolal wprawic mnie w oslupienie wiara w to, ze jesli obstawi sie kogos tysiacami murow, to ow bedzie nadal szczesliwy i zacznie sie realizowac i radosnie rozwijac swoj potencjal. to troche tak jakby oznajmic uzdolnionemu dziecku, ze jest genialne, po czym wyslac je do kamieniolomow, a w czasie wolnym obwarowac psychodelicznymi profesorkami, skostnialymi instytucjami, pozbawic dodatkowych zajec i pomnozyc zasob presji oraz oczekiwan wobec jego zdolnosci w nieskonczonosc.

otoz niestetyz.

nigdy nie bylam dobra w biegu przez plotki. do dlugodystansowcow rowniez nie nalezalam. i bez znaczenia bylo dla mnie czy rozwscieczony wuefista wykrzykiwal i dopingowal, marzac, abym tylko nabrala tempa, a tym samym odbierajac moj bieg jako obraze wlasnej godnosci. choc w sumie kto wie, moze nawet mial racje? moze przyczyna mojego wolnego tempa nie lezala jedynie w konstytucji fizycznej czy tez nieodpowiednio dobranym obuwiu, ale przede wszystkim w pielegnowanym przez lata buncie przeciwko definiowaniu mej inteligencji /czy tez mej osoby ogolnie/ w sposob kapitalistyczny? patrzenia na nia przez makiawelistyczna wrecz lupe konkurencji, wartosciowania, mierzenia i przydatnosci docelowego spozycia?

wyglada zatem na to, ze naleze do rodziny niejadalnych, zlotych, holdujacych wygodnej stagnacji rybek. stworzen, ktore po uplywie sekundy zapominaja juz jaki odcinek drogi przemierzyly i dokad w sumie plyna. ktore wola tkwic w znanych i oswojonych mechanizmach, albowiem instynktownie czuja, ze opuszczenie bezpiecznego szkielka byloby jednoznaczne ze stawieniem czola rzeczywistosci. i wrogiemu swiatu tam gdzies. na zewnatrz. za szyba.

16.02.2009

judith und holofernes, gustav klimt, 1901.

mieszkanie b. nie zawieralo wielu przedmiotow. kilka dobrych plyt, pare butelek wina, antyczna otomane i obraz podarowany jej przez slynnego artyste. w sypialni miescila sie ogromna garderoba i toaletka. b. przyjechala tu zostawiajac w polsce korone miss, kariere modelki i aktorki, liczne romanse i zwiazki, zarowno z kobietami jak i mezczyznami. byla osobowoscia, demonem. egzaltowana ekscentryczka, egzotyczna exhibicjonistka, indywidualistka pelna geba, nieobliczalna i zdystansowana. kazda osoba, ktora pozniej dzieki mnie ja poznala, zakochala sie w niej bezgranicznie. to dla b. w teatrze - takze tym zycia codziennego - kreowano prowokujace suknie i ustawiano reflektory na scenie. jej niebywala uroda przyciagala tylko niekonwencjonanych szalencow lub glupcow, nie potrafiacych przewidziec konsekwencji tej znajomosci. mnie uratowal chyba tylko pelen godnosci dystans, ktory staralam sie wobec niej zachowac. mimo to w pewien sposob bylysmy ze soba blisko. to ona odnalazla we mnie milosc do fotografii, z nia przesiedzialam wiele nocy przy lampce wina, dyskutujac o Nieistniejacym i swiecie. bawilo mnie, gdy idac ulica, przeklinajala swoj wiek i utrate swiezosci, nie spostrzegajac, ze to wlasnie ona byla powodem kilku stluczek. dynamiczna, zachlanna zycia, niecierpliwa. fascynowaly mnie, grzeczna jeszcze wowczas panienke, jej brak konformizmu, jej rewolucjonistyczne podejscie do zycia, tesknota za innym swiatem. w XVIII lub XIX wieku bylaby zapewne zakrecona arystokratka, muza markiza de sade lub hrabiego de valmonte, kokietujaca swoim zatraceniem sie, kolekcjonujaca wypatroszone egzotyczne ptaki. lubilam przesiadywac w jej bardzo dlugim cieniu i obserwowac reakcje domina, jaka wywolywala swoim pojawieniem sie na scenie. byla bezlitosna w swych poczynaniach, bezkompromisowa. paradoksalne, ale to wlasnie takie osoby sa najsilniejszym bodzcem, to one sprawiaja, ze zycie nabiera kolorow. odchodzac stad pozostawila po sobie pogorzelisko, spalona ziemie. zniszczyla tych, ktorzy nie chcieli sie jej podporzadkowac. jej macki siegaly az do polski, do bliskiego otoczenia osob, ktore zawiodly jej oczekiwania tutaj.


nazywala mnie porcelanowa lalka i moze dlatego zaakceptowala, ze pewnego dnia przestalam sie do niej odzywac. ze odeszlam, bez slowa pozegnania, przeczuwajac, ze jesli nie uczynie tego teraz, ona zrobi to pozniej za mnie. probowala jeszcze kilka razy nawiazac kontakt, ale moj samozachowawczy instynkt /czara przepelnila sie, gdy ujrzalam, ze wrecza swoim gosciom na wstepie pojemnik na smieci, aby ci go wyniesli/, a moze po prostu tylko rozczarownie jej osoba spowodowaly, ze nie osmielilam sie do niej odezwac juz nigdy. nie chcialam pogodzic sie z rola psychoterapeutki, ktora mnie hojnie obdarzyla, pozornie nazywajac przyjaciolka. nie czulam sie na silach leczyc jej profesjonalne, skrzetnie ukrywane, borderlinerstwo. zreszta pod koniec laczyly mnie z nia juz tylko negatywne emocje i poczucie winy, ze ciagle mam dla niej za malo czasu.


byl to jedyny moment w moim zyciu, w ktorym zerwalam znajomosc bez wyjasnienia. jedyny, w ktorym moje zachowanie dorownalo temu, jakie zawsze potepialam. bo nie potrafie zrozumiec, jak mozna odejsc, bez wyjasnienia?


oczywiscie, rozstania sa rzecza naturalna. bo koral ust nie ten, bo wszystkie konie juz ukradzione, bo komus sie nagle przypomnialo, ze ostatni pociag do tybetu odjezdza za godzine. bo na odbiorniku tv nie stoi juz lenin, lecz budda, ogrodowy krasnal, etc. bo nikt nikogo nie zobowiazuje bycia razem ze soba do grobowej deski, sredniowiecze,w ktorym srednia wieku osiagala 30 lat i zywot pedzilo sie w stanie cokolwiek zalkoholizowanym, minelo juz dawno. epoka ta odeszla bezpowrotnie, a wraz z nia wygodne wymowki, ze niechciana juz osoba stala sie nagle antychrystem, czego dowodem jest wlasnie krzywo wyrosniete zdziebelko zboza, tak wiec zaraz zaraz, moglabym przysiac, ze gdzies tu nieopodal stal dzis rano jeszcze jakis stos? ;)

gardzilam ludzmi odchodzacymi bez klasy, nie majacymi za grosz formatu lub poslugujacymi sie tanimi wymowkami typu niemoznosc zapomnienia o niedawno zmarlej osobie etc. niesmaczne traktowanie nieboszczykow, cokolwiek.


stoje teraz przed podobna decyzja i nie wiem jak zerwac kolejna znajomosc, aby nie dac osobie ow poczucia, ze zostala potraktowana instrumentalnie, ze nie spelnila moich oczekiwan, zadan, ze nie jest ofiara kolejnej zmiany normy przemyslowej wymaganego produktu? ze tzw. wina nie lezy po zadnej ze stron, ze wynikla sytuacja uwarunkowana byla czynnikami zewnetrznymi. ociagam sie z decyzja, bo mam poczucie, ze obojetnie jak sie wobec niej zachowam, ona pomysli, ze znalazlam nowa zabawke, ze stoje z nosem przylepionym do szyby wystawowej zapominajac, iz w domu mam juz jedna, rownie doskonala, jesli nie lepsza.

dame mit hut und federboa, gustav klimt, 1909/1910.

obraz tonie w paryskiej atmosferze. portret mlodej damy zdaje sie ukazywac kobiete lekkich obyczajow, podobna do tych, pochodzacych z obrazow touluse - lautreca.

nieprzyzwoicie opuszczone powieki, kuszace spojrzenie, skierowane w lewa strone. bujne, rude wlosy, okalajace blada, chlodna w swym wyrazie twarz, ukryta do polowy ust za kolnierzem. kapelusz lekko przekrzywiony, udrapowany pierzastym boa, utrzymany w foletowej tonacji. wszystkie te elementy ubioru maja za zadanie podkreslic chrakater kobiety, przydajac jej piekna, powabu. w swej ukrytej erotyce, prowokujacej pozie, dama pelna jest grzesznosci, zachwycajacej wrecz rozwiazlosci. jej niedostepnosc wywoluje wrazenie podstepnosci, przebieglosci.

z obrazu spoglada kobieta nowoczesna, interesujaca, choc byc moze nazbyt zredukowana w swej pozie.

ciemny ubior i kapelusz zlewaja sie z tlem, podkreslajac kontrast zaistnialy pomiedzy tlem a jasna twarza.

w swym dziele klimt uchwycil pewien moment, ulotna chwile. kobieta zdaje sie przemierzac w pospiechu wielkomiejska ulice, lub tez siedziec w kawiarni, sprawiajac wrazenie wyczekujacej jakiegos zdarzenia. sponatnicznosc, dynamika rodem z miejskich obrazow degasa czy maneta.