Pokazywanie postów oznaczonych etykietą d.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą d.. Pokaż wszystkie posty

19.02.2009

d.

matt damon & jude law in the talented mr. ripley, anthony minghella, 1999.

- wiesz czuje sie jak matt damon w utalentowanym mr. ripley.

- ? zwariowales, przeciez ty masz tyle klasy!

- byc moze, patrzac na to z twojej perspektywy... ja sam wobec siebie nie posiadam jej wcale, mam w swoim rejestrze zbyt duzo podjerzanych kompromisow.

- sadzisz, ze definicja klasy zalezna jest od perspektywy spojrzenia?

- w jakims stopniu z pewnoscia.

- coz. pod wzgledem przedawkowywania samokrytyki pasowalismy do siebie idealnie.

d. zastal mnie w lozku. wychudzona i niezbyt zdolna do zycia po ostatnich turbulencjach uczuciowych. nonszalanckim ruchem zaparzyl mi herbaty i usiadl na przeciwko mnie by znudzonym tonem podyskutowac na temat ponownienia umowy o ubezpieczenie prywatne i innych formalnosci. mimo naszego rozstania sie przed kilkoma laty d. nadal troszczy sie o wiele spraw.

- eh, nigdy sie nie nauczysz, prawda?

- czego mam sie uczyc? racjonalizowania uczuc? obchodzenia sie z nimi? wylaczania za pomoca guzika? dlaczego w dzisiejszym spoleczenstwie bliskosc stala sie tabu? ktoz traci czas na takie rzeczy? a jesli nawet, to wymierza wszystko dokladnie, wprowadzajac surowa ekonomie czasu i emocji. i z czego to wynika? z internetu, medii, tej calej pieprzonej techniki niwelujacej kontakty socjalne, redukujacej je do koniecznego minimum, a moze ze zbyt dobrej sytuacji finansowej, a co za tym idzie niezaleznosci? nie wiem, ale moze masz racje, moze biegam za falszywymi idealami, bo stracilam orientacje, za jakimi powinnam.

sluchal mnie ze smiertelna powaga i szacunkiem tolerujac ma trudnosc w znalezieniu slow, moja medytatywna powolnosc, graniczaca z transem. tak jak by chcial poznac dokladnie cala sytuacje, zglebic uczucia, nie dbajac przy tym o symetrie rozmowy. sluchal w skupieniu mego monologu, przerazajac mnie swa intensywnoscia. tak jak by ta pozbawiona egoizmu postawa chcial zaprzeczyc mej tezie o instrumentalizacji uczuc w dzisiejszym spoleczenstwie. d. nie udzielil mi odpowiedzi. wstal, przepraszajac za nagle najscie i zostawiajac nietknieta, zimna herbate. przed wyjsciem spojrzal w moim kierunku pytajac czy spotkamy sie po urlopie, za jakies 2 tygodnie. z ochota przystalam na te propozycje.

- nie umiem odpowiedziec ci teraz, ale pomysle nad tym co powiedzialas, pa :)

-pa, dobrego urlopu.

gdy odszedl uswiadomilam sobie, ze dal mi najwieksza rzecz, jaka ktos moze dac drugiej osobie: siebie, swoj czas, probe zrozumienia.

d.

after delvaux, melvin sokolsky.

sceneria nie odbiegala niczym od poprzednich. lotus wijacy sie wiejskimi uliczkami, malowniczo okalajacymi tutejsze metropolie oraz idealnie wystylizowany d. chelpiacy sie californijska opalenizna i smalltalkujacy w takt dzwiekow muzyki klasycznej. w tym wszystkim ja, blada jak zwykle, wbita w marilynolowata sukienke in black, kokietujaca kazdym centymetrem mego ciala i napawajaca sie kazdym jego spojrzeniem.

gdy w koncu dotarlismy do jednej z najdrozszych (wloskich ofkors) restauracji atmosfera byla juz na tyle rozluzniona, ze d. bezpardonowo odwazyl sie zwierzyc mi sie ze swej obecnej sytuacji. sluchalam z ciekawoscia i skrywana satysfakcja, bedac zarazem pod wrazeniem mocy jego slow, spotegowanej dramatycznie wyrezyserowanym swiatlem oraz pieknem wnetrz, jakich nie powstydzilby sie najbardziej snobistyczny salon meblowy.

- ech - westchnal ciezko - w miejscu, w ktorym u niej bulgoce jeszcze wulkaniczna lawa u mnie juz dawno rosna winorosle - stwierdzil, przelamujac z wlasciwa sobie grandezza i stoickim spokojem langustynke - wiesz, nie wiem co zrobic, przeroslo mnie chyba to wszystko, powinienem sie rozstac, ale nie potrafie.

usmiechnelam sie. bo coz mialam mu odpowiedziec? ze potrzebuje on kobiety-matki, tudziez pielegniarki a ironicznie stal sie ojcem, nie bedacym w stanie wychowac swej mlodszej o ponad 10 lat partnerki/corki? ze udal sie na poszukiwanie prawdy oklamujac samego siebie? a moze, ze stal sie ofiara czarnobialych, wygodnych dualizmow oraz, ze wychowany na hierarchiach i patriarchalnych autorytetach potrafi uznac jedynie demonstracje sily? pewnie jak zwykle nadinterpretuje, plawiac sie w aroganckich, glupiomadrych analizach, bo sama brne od jednej porazki do drugiej z ta tylko roznica, ze nie potrafie sie do nich przed nim przyznac. doskonale rozumiem jego zlosc, poczucie bezradnosci wobec reakcji ludzi, tak czesto dla mnie niezrozumialych. podobnie jak i on probuje to wszystko objac intelektualnie, mimo, ze doskonale zdaje sobie sprawe, ze od pewnego momentu dalekowzroczne, racjonalne argumenty staja sie juz bezuzyteczne, a jedyna rzecza zdajaca sie zawsze funkcjonowac bez zarzutu sa obawy, wszechogarniajacy strach, ktorego zakladnikiem stac sie tak latwo. doprawdy, az niebywale, ze w calym tym chaosie istnieje jeszcze miejsce na uczucie.

sluchalam jego wywodow, z ktorych kazdy zawieral nasza historie, byl odwolaniem sie do niej, asocjacja, poruszeniem. szukalam jego zagubionego spojrzenia, zastanawiajac sie czy czasem nie stalam sie ofiara permanentnie funkcjonujacego mechanizmu, polegajacego na tym, ze bezwiednie przyciagam innych mezczyzn moja suwerennoscia. moja pozorna sila. po to tylko, by po blizszym juz poznaniu rozczarowac ich, bo majac nadzieje na cos szczegolnego zmuszeni sa dostrzec zwyczajna kobiete miast oczekiwanej krzyzowki rambo z femme fatale, whatever.

nie rozumiem tylko dlaczego jednak decyduja sie powrocic. d., k. a ostatnio takze kochanek sprzed kilku lat, ktory nagle zaginal w otchlaniach milczenia, zmuszajac mnie do zabawy w okrutna zgadywanke pt. "dlaczego?" oczywiscie poslusznie przyjelam reguly gry i zatopilam sie w rozwazaniach, dotyczacych tego, czy jego milczenie bylo zwyklym odrzuceniem czy tez raczej swoista asymilacja wycwiczona latami, by uniknac zranienia? czy uczuciem nadmiernym, czy tez po prostu jego brakiem, jako, ze nie byl don zdolny? zapewne zlakl sie po prostu namietnosci z mej strony i udal sie na poszukiwanie mniej skomplikowanej zieleninki na kolejna noc. tylko po co pisze do mnie znowu? czyzby zabraklo latwej okazji na blyskawiczny sex? zreszta, teraz to juz niewazne. teraz spotkalabym sie tylko po to, by ponownie ponapawac sie kazda jego mysla, kazdym slowem, bo jedna rozmowa z nim znaczy dla mnie wiecej, anizeli kilka lat studiow. bo jako jeden z niewielu potrafi mowic o sztuce ciekawie, nie nadajac dzielom stuki statusu workow z kartoflami, i nie traktujac swego sluchacza z arogancja mentora czy tez terapeuty tak, jak czyni to wielu historykow sztuki.

- powrocisz? - zapytal niesmialo d.

- tak, tylko do czego? - zapytalam kokieteryjnie, naiwnie oczekujac odpowiedzi.

do zycia, porazki, problemow... ?

zdaje sie, ze niektorzy musza byc nieszczesliwi, aby moc byc szczesliwymi. zreszta skad wzielo sie to zobowiazanie do poszukiwania szczescia i przekonanie, ze wszystko jakos sie ulozy. moze wlasnie droga pozbawiona wyjscia jest o wiele latwiejsza do zniesienia niz jakis plastikowy happy end?


d.

kilka godzin poswieconych na wykonanie makijazu tylko po to, by w efekcie koncowym ow stal sie niewidoczny. strategiczny dobor garderoby: oczywiscie klasyka, oczywiscie czern i - wyjatkowo - buty na wysokim obcasie. jeszcze tylko zwiazanie wlosow, ostentacyjne dociagniecie idealnej kreski na powiece oraz uwienczenie calosci, wyrazone jednym, zdecydowanym odbezpieczeniem flakonu perfum.

spojrzenie do lustra. bezlitosnie krytyczne a zarazem szukajace pewnosci, ze nie bedzie mi grozilo sploszone, uciekajace spojrzenie, nerwowe skubanie wlosow czy tez spieta mimika twarzy. ze poradze sobie z kazda najdrobniejsza trudnoscia, a domniemane ataki, odepre z godnoscia i swoista pokerface, obojetne, czy trafia mnie w samo serce, czy tez ponizej pasa..

ale tym razem wszystko mialo wygladac inaczej.

mimo przeszywajacego zimna i mego kilkunastominutowego opoznienia d. oczekiwal mnie z usmiechem, tak jak by przyszedl tam just for fun i by the way, nie demonstrujac przy tym swych najskrytszych emocji i rozbrajajac mnie juz na wstepie. w kilka chwil pozniej siedzielismy w knajpie, przy odprezajacych dzwiekach muzyki tilla brönnera, kompozycji stanowiacej notabene niezbyt udane tlo dla spotkania sie dwoch exkochankow.

z podziwem przygladalam sie ogromnemu kawalkowi tortu, ktory dumnie pietrzyl sie na moim talerzu niczym zmaterializowany dowod (bylej?) milosci. d. pamietal doskonale, czym mozna mnie kupic i w jaki sposob wprawic w dobry nastroj. oczywiscie zadbal rowniez o siebie zamawiajac przepyszny crepes, po czym oddalismy sie ciekawej rozmowie, rezygnujac po raz pierwszy z wszelkich oskarzen, atakow, wyjasnien i poszukiwan cudownych rozwiazan.

zamiast tego porownywalismy nasze swiaty, analizujac je za pomoca asocjacji, przezyc, myslowych konstrukcji, wrazen. ja opowiadalam mu o zagubionych filozofach, probujacych odnalezc sie w tzw. rzeczywistosci i tkwiacych niezmiennie pomiedzy slowem a absyntem. on z kolei opisywal mi swoj swiat, ktory tak dobrze zachowalam w pamieci, a w ktorym nigdy nie potrafilam sie odnalezc. d. - nadal cholernie przystojny, introwertyczny, bezblednie opanowujacy trudna sztuke konformizmu - nie mial z tym powazniejszych problemow. pielegnowal starannie swoje connections, obejmujac na powitanie najgorszego wroga, aby tylko przy najblizszej okazji niepostrzezenie wbic mu szpileczke. zreszta connections takze nie pozostawaly mu dluzne. wytresowane w genewskich internatach, przekonane o swej nieomylnosci, perfekcyjnie obchodzace sie z konwencjami, w swych dyskretnych szarych sweterkach, rownie dyskretnie usunely sie w cien, odmawiajac podania mu przyjacielskiej dloni wowczas, gdy jej najbardziej potrzebowal.

obecnie d. zyskal stabilizacje i cieszy sie, ze moja sytuacja rowniez ulegla poprawie. tym razem nie ignorowalismy, nie spychalismy do podswiadomosci tego co bylo i tego co nas czeka. ale tez nie ukladalismy kurczowo i bojazliwie planow na przyszlosc. zdecydowalismy sie na do_wolnosc, zatracajac, a moze bardziej odrzucajac owczesny uklad wspolrzednych, w mysl zasady: anything goes.

bo coz tak naprawde mamy do stracenia? nic, procz zycia.

wiec moze tamto wspolne 8 lat pozostanie tylko pamiatka, jaka zachowuje sie z pieknej, egzotycznej, choc skomplikowanej podrozy, bedacej doskonala inspiracja dla kilku dramatow tudziez filmow z gatunku mindfuck ;)

koniec koncow, po kilku godzinach zajmujacej rozmowy w dosc erotycznej atmosferze, spojrzelismy na opustoszale talerze i z niedowierzaniem usmiechnelismy sie do siebie. tak jak by trudno bylo uwierzyc nam, ze to juz wszystko, ze nie bedzie juz nic poza tymi niezobowiazujacymi spotkaniami, ze regresja jest synonimem utopii. ale rownoczesnie doskonale zdawalismy sobie sprawe z tego, jak trudno byloby nam ponownie zdobyc sie na odwage, aby zamowic kolejna porcje tej jakze wyrafinowanej i ciezkostrawnej potrawy.