Pokazywanie postów oznaczonych etykietą profek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą profek. Pokaż wszystkie posty

20.02.2009

antydzien

- pan wywarl na mnie presje, panie profesorze.

- w jakim sensie?

- podczas ostatniej rozmowy mowilismy o tym, ze powrocimy jeszcze do tematu i omowimy to, jesli zajdzie taka potrzeba, pan jednak podjal decyzje duzo wczesniej bez mojej zgody.

- wpisujac pania na liste?

- tak.

- ale to przeciez tylko lista mentalna?!

- to bez znaczenia.

usmiechnal sie kawasno i cale cieplo jakim wczesniej otaczal moja osobe zniknelo w mgnieniu oka, ustepujac miejsca lodowatemu chlodowi.

- dobrze, w takim razie nie bede na razie oczekiwal od pani udzialu w tym, ale czekam nadal na prace i tu mialbym prosbe.

- ?

- prosze jej zbytnio nie eseizowac, ja wiem, ze pani lubi ale... :)

ale no wlasnie. nigdy przenigdy nie naucze sie tego naukowego, radykalnego stylu. bo nie umiem zdobyc sie na meski styl pisania, ktoremu zmuszona jestem sie poddac. tej samotnej dyscyplinie, podazajacej za ascetycznie akademicka logika wywodu, z uniesionym palcem, egzemplarycznie, strukturowo, systematycznie. daleko mi do roberto musil-owych filozofow, ktorzy pozbawieni armii probuja zamknac swiat w systemie, podporzadkowujac go sobie intelektualna dominacja. ale moze dlatego tkwie w chaosie. moze dlatego trudno mi okreslic cel. i stad moje turbulencje, nie tylko tekstowe.

lecz czy tylko takimi kryteriami mozna okreslic egzystencje? czy tylko ktos, kto ma cel i zyje dalej, wyzej, szybciej, ergonomicznie i pragmatycznie ma prawo zyskac uznanie? zdaje sie, ze we wspolczesnej kosntrukcji swiata tylko to jest mozliwe, ze w niej szczescie egzystuje tylko w uporzadkowanym wydaniu.

po kropkowym (milczacym) dniu On podjal temat pisania bloga nawiazujac do naszej wczesniejszej dyskusji o festiwalu blogowym i zielkowym dziele. rozwinal dyskretnie, bez nachalnosci, pytajac o definicje mej pisaniny. po krotszym zastanowieniu odpowiedzialam mu, ze jest ona wyrazem mej samotnosci i checi zblizenia zarazem. dodalam, ze unikam instrumentalizacji jezyka, mimo jego koturnowatosci i zamaskowania, mimo tego, ze jest moj. a on po cierpliwym wysluchaniu mych refleksji odwazyl sie je ocenic i stwierdzil, ze powinnam pisac dalej, bo calkiem mozliwe, ze jest to kawalek dobrej literatury, ktorego nie musze usprawiedliwiac jakimis cytatami wyjetymi z naszej rozmowy. a jednak...

19.02.2009

portrait of louis XIV, rigaud hyacinthe, 1701.

l. z uwaga przygladal sie b., lapczywie pozerajac ja wzrokiem. b. odpierala jego natarczywosc znudzonym spojrzeniem , traktujac l. jako kolejna ofiare swego femmefatalizmu. ich uwodzicielska gra trwala juz dobrych kilka minut, wzbudzajac u wiekszosci studentek znajdujacych sie w sali najzwyklejsza zazdrosc. zazdrosc spowodowana faktem, iz to wlasnie b. wygra z nimi w szalenczym biegu o laske, wplyw, pozycje i wladze, skupiajac na sobie uwage l. oraz zaskarbiajac wymarzone namietnosci. w swym uniesieniu zdawaly sie zapominac, ze zazdrosc byla tylko jednym drobnym kleksem posrod wielu innych, znajdujacych sie w ogromnej palecie emocji, jakie byl w stanie wywolac l.

gdy dobrych kilka lat temu pojawilam sie w instytucie, swiat ten zdawal sie byc czarnobialym, zepchnietym na skraj uniwersyteckiej egzystencji miejscem, wypelnionym zapachem starych ksiag i poczuciem odwiecznej, nieznosnej rutyny. profesorowie zyli na przyjacielskej stopie ze studentami, tworzac jedna wielka liberalna wspolnote. z gazeta pod ramieniem, ubrani w tweedowe marynarki, wyblakle sztruksy, w okularach i z lekka lysina nie tworzyli zagrozenia dla mlodych studentek. ich przyjacielska, ojcowska aura zapraszala bardziej do partnerskich dyskusji niz do namietnego flirtu, totez zajecia odbywaly sie w sposob luzny i antyautorytarny. ogolnie mialo sie wrazenie, ze panuje atmosfera dzieci kwiatow ogluszonych oparami marihuany, a konflikty naleza do pojec istniejacych tylko w slowniku wyrazow obcych, jako ze ewentualne obiekty pozadania nie istnialy.

i nagle w ten zmurszaly, matowy i pozbawiony wyrazu swiat wkroczyl l., radykalnie zmieniajac jego dotychczasowa konstrukcje, ratujac ja przed mialkoscia, zgnusnieniem, nadajac jej kontur i przydajac blasku.

mlody i zakochany w sobie do granic wytrzymalosci profesor literatury, powszechnie uznany znawca klasyki niemieckiej, swe pojawienie sie na deskach teatru uniwersyteckiego postanowil rozpoczac ogromnym festynem. pompatyczna uczta, dzieki ktorej zwrocil na siebie uwage i zyskal sobie przychylnosc licznych gosci, wsrod ktorych znajdowali sie zarowno przedstawiciele polityki, mediow jak rowniez elity akademickiej. przyjecie mialo miejsce na uniwersyteckim campusie i bylo oszalamiajace. zadziwialo kulinarnymi konstrukcjami, podkreslonymi dyskretnymi tonami jazzowej muzyki oraz pysznymi dekoracjami. wszystko to sprawialo, ze uczestnicy predko zapominali o swych codziennych troskach i niesnaskach. rozbawieni i pelni uznania dla gospodarza, zartowali pokatnie, ze na przyjeciu brak jeszcze tylko zrodla tryskajacego winem i dziedzinca cukrem wysypanego, imitujacego snieg, jak mialo to miejsce onegdaj za czasow krola polskiego, augusta III.

l. z wlasciwym sobie wyrachowaniem i strategiczna natura zabawial gosci. poczestowal ich swa platonska, napuszona retoryka, tak jak gdyby nie byl pewien tresci przekazywanych w swej powitalnej przemowie, jak gdyby mimo wszystko miotaly nim liczne sprzecznosci. laskawie pozostawil tym samym mnostwo miejsca dla przeroznych domyslow i potwierdzil regule, ze nic w zyciu nie da sie sprowadzic do prostych rownan.

przebrnawszy jednakze przez mowe powitalna wmieszal sie tlum, bedac rownoczesnie aktorem i rezyserem w jednej osobie, doskonalym obserwatorem i uczestnikiem zarazem. pozyskiwal sympatie i zaufanie, raczac gosci blyskotliwa anegdota, deszczem point, interesujaca dyskusja tudziez mimowolnym smalltalkiem.

ow festyn stal sie zapowiedzia czasow, jakie oczekiwaly instytut za jego panowania.

l. dotrzymal obietnicy, lecz bylo to byc moze mozliwe wylacznie dzieki korzystnej mu aurze. wowczas nikt nie liczyl jeszcze ziarenek kawy i nikt nie pytal o to, czy wydawane przez l. ogromne sumy pochodzily z kasy podatnikow, powaznych ludzi, zarabiajacych je zmudna praca. wdzieczni krolowi za ozywienie i dynamike, poddani podazali za nim krok w krok, sluzac mu wiernie.

dlatego tez nigdy wczesniej i nigdy potem instytut nie rozkwitl tak bardzo. licznym wycieczkom, sympozjom, festynom nie bylo konca.

oraz licznym dramatom, kobiecym oczywiscie.

l. otaczal sie bowiem wylacznie kobietami. lalkami, ktore gial i formowal wedle swoich potrzeb, a ktore mimo wszystko potrafily zachowac pewien stopien wewnetrznego zycia. kobietami zdawaloby sie wyemancypowanymi, pieknymi i nadprzecietnie inteligentnymi, majacymi przed soba teoretycznie rzecz biorac kariere w tv, branzy reklamowej, pisarstwie. l. bezlitosnie manipulowal nimi na miare swych potrzeb, a one znajdujac sie w kregu jego fascynacji, tkwily w nim jak zaklete coraz silniej miedzy soba konkurujac. czynily dla niego wszystko, pracujac dlan bez konca i kochajac do utraty zmyslow, ofiarowujac sie do granic szalenstwa, a czasem wychodzac daleko poza nie. niektore z nich w pore zdolaly sie wycofac, lub znalezc inny sposob na uwolnienie sie. dla innych bylo juz za pozno. dojrzaly do terapii, spedzajac w klinice najlepszy okres swego zycia, systematycznie odsylajac kwiaty oraz wizyty, jakie hojnie ofiarowal im l.

niekonczace sie zwolnienia oraz niesnaski spowodowaly, ze atmosfera w instytucie zgestniala. festyny przestaly bawic. wycieczki studenckie i sympozja stawaly sie coraz to rzadszym fenomenem. az wreszcie nagle, powazne zachorowanie corki l. przepelnilo czare. skrupulatnie zaplanowana inscenizacja okazala sie byc krucha niczym dunskie ciasteczka. bogowie odwrocili swe oblicze znudzeni widokiem pustej sceny a nienaganny image gladkiego superhero ustapil powoli zlozonemu psychologicznemu wizerunkowi. krol zaczal dostrzegac, ze jego wladza skostniala, stajac sie oderwana od rzeczywistosci kolejna glowa z gipsu, slaba na tyle, ze nawet mierny przeciwnik potrafilby sie z nia zmierzyc. i stalo sie. przyszli nowi, silniejsi, mniej spektakularni, bez wiekszego rozglosu przejeli wladze, spychajac krola na skraj rozpaczy i instytutu.

metamorfoza i dopasowywanie sie byly dla l. pojeciem obcym. zbyt silna mial ku temu nature. pozostalo mu wiec oddalic sie, tak , jak uczynili to juz liczni dworzanie prze nim, zmuszeni do tego jego bezlitosna polityka. lords & ladies upadali niczym kregle. ale shakespearowskie wymiary sa tu raczej nie na miejscu. w tym teatrze odejscia pozbawione bylyo patosu, a ucieczce w samotnosc nie towarzyszyly fanfary ani blask festynow. nowe pojecie samotnosci, nie majace wiele wspolnego z nieumiejetnoscia nawiazywania kontaktow socjalnych, lecz wynikajace raczej z checi odejscia. odwrot pozbawiony nadziei na powrot.

avalon fallen in shrubbery, david lachapelle, 1995.

- ty sie tak za bardzo nie ciesz. niebawem czeka cie konferencja prasowa, na ktorej bedziesz musial cos o tych smiesznych slimaczkach opowiedziec.

- ech, kupie sobie okulary sloneczne i spokojnie, poradze sobie. ;) ty natomiast bedziesz miala o wiele trudniej, bo bedziesz musiala produkowac sie przed ludzmi, oprowadzajac ich po wystawie.

- ah, tym sie nie martwie, zdradzisz mi przeciez tajemnice twoich ogrodowych, barokowych dziwactw ;)

-no way :))

-boponiewaz? :)

- bo wierze w to, ze poradzisz sobie doskonale bez mojej pomocy ;) w koncu piszesz juz magistra prawda? bedziesz wiec w stanie dorobic kilka roznych ideologii do mego Dziela Sztuki ;)

- phi, od mojego magistra z daleka prosze, to dla mnie tak samo drazliwe jak twoje slimaczki dla ciebie :P

- nie przejmuj sie, zapewne, gdy skonczysz go pisac wejdzie w zycie nowa ustawa, stwierdzajaca, ze jestes nadkwalifikowana. i spedzisz kolejne piec lat na odkrecaniu calej swej wiedzy, zabijaniu skrzetnie wyhodowanych schillerowych komorek i uczeniu sie spojrzenia na rzeczy ponownie w sposob powierzchowny i upraszczajacy ;)

- coz, mam wrazenie, ze te umiejetnosc nabede i bez wprowadzenia takowej ustawy.

- ha ha, podwinac tobie spodnie? zmokly ci madralo :)

- chcialbys :)

- pewnie, ze bym chcial ;)

tworzac barokowe meandry ogrodowej architektury spedzilismy z amerykanskim profkiemartysta kilka wysmienitych godzin, wypelnionych interesujaca wymiana mysli, dowcipem, ale przede wszystkim erotyzmem. erotyzmem wywodzacym sie byc moze z faktu, ze bylismy dla siebie zakazanym owocem. lub wynikajcym raczej tylko z powodu tego, ze chaos, bloto, deszcz i naturalnosc zaistnialej sytuacji uczynily ja malo sterylna i dosc wyjatkowa.

i nagle, w obliczu powyzszego przezycia moja przedwczorajsza kolacja z przystojnym, mlodym chlopcem, pozniejsza przjazdzka jego ekskluzywym autem i maslane spojrzenie staly sie tylko bezbarwnym dodatkiem i pustym przezyciem. pozbawionym chocby grama iskry. bedacym podla imitacja, inscenizacja, byc moze obustronna, obelga wymierzona przeciw spontanicznosci. czyms malo intensywnym i nieprzekonujacym, uwiezionym w konwencjach, wyrachowanym zamierzeniem, zbyt oczywistym niestety, aby moglo ono zostac uwienczone sukcesem.


rodney smith

popatrzyl na mnie badawczym spojrzeniem.

- mhm, nie ma zadnego problemu, przedluze pani ten termin o tydzien. jesli to tylko ma sluzyc jakosci pani pracy, dlaczego nie? :)

- dziekuje bardzo.- dodalam z usmiechem i zabralam sie do wyjscia.

profek wyciagnal dlon na pozegnanie, i przygladajac sie uwaznie mej twarzy stwierdzil:

- nie nie nie, pani ...! w ten sposob bawic sie nie bedziemy, prosze usiasc.

shit, pomyslalam, powinnam jednak byla zalatwic te sprawe mailowo.

- co sie dzieje?

- ehm?- zaczerpnelam powietrza, ale profek nie pozwolil mi udzielic odpowiedzi i wtracil pospiesznie:

- prosze pani, musze stwierdzic, ze prezentacja byla ok, ale to nie ten poziom, jaki zwykla pani pokazywac nam wczesniej. prezentacja nie moze byc li i wylacznie powtarzaniem danych zaczerpnietych z literatury i pani o tym doskonale wie, a jednak nie dostosowala sie pani do tego tym razem. jedyna rzecza, ktora mí sie w referacie podobala to pani indywidualna interpretacja i perspektywa, ktora jednak nalezalo znacznie bardziej rozwinac.- tu westchnal teatralnie, po czym dodal pelen rozczarowania - bo wie pani, tak malo jest studentow, ktorzy podchodza do tego co robia z zapalem i jesli taki sie juz znajdzie, to nie chcialbym go tak predko stracic. co wiec sie stalo?

zamyslilam sie, czy podac mu prawdziwy powod. jednak nie zrobilam tego, nie chcialam wypasc jeszcze mniej profesjonalnie. stwierdzilam jedynie, ze malarstwo panniniego jest malo ciekawe i nie ma w sobie nic, co by mnie zainteresowalo, wiec trudno zaglebiac mi sie w te materie. profek popatrzyl swymi madrymi oczyma i po chwili dodal:

- wobec tego ciesze sie juz bardzo na pani pisemna prace, w ktorej to, jak mniemam, zrehabilituje sie pani az nadto.

- tak, postaram sie jak najbardziej.

well. on nawet nie zdaje sobie sprawy z faktu, ze jest jedynym pracownikiem uniwerku, ktory jest w stanie mnie zmotywowac. bo mam dla niego ogromny szacunek. za jego cieplo, poczucie humoru, pedagogiczne podejscie, a przede wszystkim wiedze. niezwykla, ogromna znajomosc materii, z ktorej nie korzysta w sposob kurczowy i katalogowy. zadne jego seminarium, zaden wyklad nie mial nawet znamienia nudnego monologu, byl raczej elokwentna rozmowa ze studentami.

tak naprawde to dosc mam szpagatu pomiedzy rozlicznymi pracami, praktykami, studiami. mimo najszczerszych checi nie jestem obecnie w stanie dorownac poziomowi, na ktorym znajdowalam sie wczesniej. zbyt wiele musze brac pod uwage. but who cares? ;))

dzis zrezygnowalam z dwoch prac na rzecz trzeciej. uznalam, ze musze zbyt wiele nadrobic, chociaz wiem, ze obojetnie ile czasu na nia poswiece, wroce wieczorem do domu z nieczystym sumieniem i przekonaniem, ze tak naprawde zrobilam niewiele.

najchetniej jednak schowalabym sie gdzies daleko lub usiadla w kafejce z wielka szklanka mrozonej kawy i pysznym tortem, majac w glebokim powazaniu wszystko inne...