Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

19.10.2009

firnissage


turner, william

nie.

poniewaz byloby to dla mnie w pewnym sensie rownoznaczne z procesem reinfantylizacji. nie po to zmienialam miejsce zamieszkania, numer telefonu, etc., ulegajac przy tym memu doprowadzonemu do perfekcji eskapizmowi, aby (p)oddac sie
g. ponownie. nie po to przez caly rok systematycznie i mozolnie budowalam zasieki, znakomicie zdajac sobie przy tym sprawe z faktu, ze juz nigdy nie bede w stanie zrekonstruowac samej siebie takiej, jaka bylam przed owym wydarzeniem.

przed.

wowczas to jeszcze pysznie zywilam w sobie przekonanie, ze nic i nikt nie bedzie mnie juz w stanie zaskoczyc. zaden rodzaj spojrzenia, dotyku, pochwycenia. poniewaz wszystko juz bylo. i dlatego tez zachowanie kontroli, czy tez nieuleganie jakimkolwiek niezechcianym wplywom nie bedzie stanowilo dla mnie najmniejszego problemu. a jednak. w owym rauszu, festynie narcyzmu, samouwielbienia, zmudnym procesie dystansowania sie i konstytuowania mego miniswiatka umknal mi jeden dosc istotny szczegol, a mianowicie ten, ze to, co byc moze spotka mnie w przyszlosci niewiele bedzie mialo wspolnego z grzecznym statycznym obrazkiem, obok ktorego bedzie mozna przejsc obojetnie, nad ktorym bedzie mozna zapanowac.

w najsmielszych snach nie przeczuwalam, ze napotkam na mej drodze monalize mego zycia, dzielo, ktorego istnienie wyrazic bedzie mozna tylko z czasowym odstepem, na zimno, w formie suchego pisemnego sprawozdania. albowiem zbyt swiadome bylo ono swej sily oddzialywania. kopiowane, parodiowane, falsyfikowane, podziwiane niezliczona ilosc razy, figlarnie kokietujace swymi swiatlocieniami i dzieki swemu bogatemu spektrum srodkow, bedace w stanie uwiesc niemalze kazdego. w zwiazku z czym usmiechalo sie tylko poblazliwie na widok kolejnego falsyfikatu, czy tez odbiorcy odczuwajacego nadmierny respekt wobec niego. i nigdy nie przyszloby mi na mysl zatrzymac sie przy nim na dluzej, okazac mu tak otwarcie moj zachwyt i uwielbienie, gdyz nie pozwolilaby mi na to duma. duma, ktora byc moze zaslepila mnie na tyle, iz lekkodusznie porzucajac obawy przecenilam jego magie i sile przyciagania.


jednakze z tego wszystkiego zdalam sobie sprawe duzo pozniej, a wowczas jakiekolwiek analizy czy tez reakcje pozbawione bylyby sensu a mimo to nie potrafilam sie ich wyrzec. wciaz obliczajac w myslach kazda miniona chwile i kazde zachowanie, jakie mialo miejsce, tylko po to, by ulec zwodniczej iluzji zrozumienia, a co za tym idzie wreszcie moc poczuc sie bezpiecznie, gdzies daleko poza jego zasiegem, jego zakresem wladzy absolutnej. teraz wiem, ze takowe miejsce nie istnieje, nie mozna umknac fascynacji emanujacej tak niepojeta, wysublimowana sila. mozna jedynie na chwile uciec w zapomnienie, ale juz po chwili wkradna sie owe dyskretne swiatlocienie, potrzasajce fundamentami i sprawiajace, ze kazdy najdrobniejszy szczegol zyskuje moznosc odrebnego, suwerennego istnienia, nie dominujac przy tym caloksztaltu, nie niwelujac ladu kompozycji. kompozycji niespotykanego kontrastu swietlistych i mrocznych cech, inspirujacych wyobraznie i tworzacych cos pomiedzy, cos nieuchwytnego, zaszyfrowanego, zawdzieczajacego swa egzystencje owemu niekonczacemu sie napieciu.

w efekcie czego moj zachwyt stawal sie coraz to bardziej bezkrytyczny, a porzadek swiata coraz bardziej zaklocony. z czasem przestaly przerazac mnie jego sceny zazdrosci. przestala zadziwiac dychotomia jaka wywolywaly w nim roznice oczekiwan pomiedzy zmyslowymi zadzami a intelektualnymi potyczkami. oswoilam sie z jego silnie rozwinieta seksualnoscia oraz faktem, ze godnosc utracila swa wartosc ustepujac miejsca gwaltownosci, zaborczosci, szowinistycznemu zarzadzaniu intymnoscia. kontury dziela zaczely rozmazywac sie coraz to bardziej, a ja nie potrafilam juz dostrzec zarysow, na ktorych moglabym oprzec cala misternie tworzona konstrukcje tak, jak czynilam to do tej pory. az w koncu, odarta z jakichkolwiek wartosci i pozbawiona wolnosci interpretacyjnej dziela, zamarlam w bezruchu.

-skad masz moj numer?
-od t.
-t.?
- t. z wydawnictwa, wlasnie bylismy na kawie.
-mhm
-bedziesz na targach?
-nie
-...
-popadlabym w klaustrofobie, nie potrafilabym, wiedzac, ze...
-wiem, ja rowniez nie. po raz pierwszy od 30 lat nie pojade. ale chcialbym sie z toba zobaczyc.
-po co? zeby moc popodziwiac estetyke ruin?
-moze po to by ja uwiecznic? zbudowac na nich cos nowego? nadac im nowego znaczenia?
-sa juz niezamieszkiwalne. nie zniosa nawet najlzejszego japonczyka z aparatem. zostawmy je ich melancholijnej godnosci.


20.06.2009

telegraficznie


upior z opery, rupert julian, 1925

najpierw bylismy na zakupach, w drogerii. po drodze zauwazylismy slimaka przyssanego do samochodu. a. stwierdzil, ze to piekna metafora naszych czasow, obrazujaca fakt, ze nawet slimak poddaje sie dobrowolnie presji predkosci i przyspieszania. s. dodal, ze on w sumie rowniez czuje sie wykorzystywany przez rozniste biedronki, ktore go obsiadaja podczas jazdy na rowerze. a. zapytal czy s. chociaz informuje owe o kolejnych przystankach i mozliwosciach przesiadek. s. dlugo rozmyslal nad odpowiedzia, w koncu wszyscy mielismy tego dnia prawo do slow thinking, bylismy cokolwiek skacowani. koniec koncow s. dodal wkurwiony patrzac sie na mnie: a. scheiße, no nie szuraj tak tymi butami, bo nie moge sie skupic nad odpowiedzia. odparlam: jasne, szuraj forest szuraj! a. podchwycil ochoczo: nie no jesli juz to szuraj for freedom, yeeeah!
mniej wiecej w takiej tonacji dotarlismy powoli do wzgorza matyldy. okolica zapierala dech, stare centrum art deco w niemczech, mnostwo pomnikow i niesamowita architektura uwienczona kolejkami do muzeum spragnionych wrazen amatorow sztuki a. stwierdzil,. ze wygladaja raczej na amatorow konsumpcji i ze pewnie stoja za 5kg sztuki mas(k)owej, polanej sosem z awangardy. a. zapalil trawke podczas gdy s. pilnie zabral sie do dziela. wyjal ze swej magicznej siaty z drogeryjnego dyskountera wielka pianke do golenia i rozpoczal dekoracje pominka. najpierw domalowal mu wasy. a la dali. wygladalo przepieknie. pozniej zaczal... ale nie, nie zaczal, jakis dziodek, najpewniej udzielajacy sie swego czasu aktywnie w hitlerjugend podbiegl co sil i zaczal wrzeszczec na s. ze to demolka. i w ogole i takie tam i ze zadzwoni zaraz po policje. s. dalej ze stoickim spokojem kontynuowal swoje dzielo. podczas gdy a. zapytal upierdliwca, czy ma chociaz z czego zadzwonic. nie mial. s. zmierzyl spokojnym spojrzeniem nieszczesnika, podajac mu wiec swoja komorke, deklamujac manifestacyjnie numer policji i nie przerywajac przy tym piankowania. pan emehyt z ulga przyjal propozycje. juz w kilka minut pozniej siedzielismy na zapleczu komisariatu, wsluchani w dobiegajacy nas z oddali glos s., wielkodusznie i malowniczo referujacego swoje piankowe uszkadzanie obiektow uzytecznosci publicznej. na koniec zawieziono nas na do domu s., na kosz podatnika oczywscie. i przeszukano jego pokoj (mieszkanie swoje s. dzieli z barczystym lysym wytatuowanym i wypiercingowanym osobnikiem, co oczywiscie spotegowalo fale podejrzen), zywiac przekonanie, ze s. od lat zajmuje sie piankowaniem pomnikow i oddaje sie innym temu podobnymi hobby. jakze wielkie bylo rozczarowanie....u Panow Polycyantow...

20.02.2009

paper drop, wolfgang tillmans, 2006.

niedomowienie

morning awekening, eva gonzales.

... swit nas obudzil obook siebie

przez niedomkniete okiennice

jestesmy teraz dwojgiem ludzi

co maja wspolna tajemnice

wiem juz - jezeli bedziesz ze mna

wszyskiego mi nie powiesz o nas

bo sol milosci - to niepewnosc

to prawda wciaz niedomowiona

niedomowienie...

/j. kofta, fragm./


documenta 12 kassel, 16.06-23.09 2007, the zoo story, peter friedl, 2007.

sobota, 11 sierpnia 2007 roku, paryskie centre pompidou. daniel richter ustawia 2 rozkladane krzesla i temeprujac olowek pozdrawia malarzy ulicznych siedzacych w poblizu.

tymi slowy rozpoczyna sie artykul, ktory 18 sierpnia ukazal sie w niemieckiej frankfurter allgemeine zeitung. opisuje on performance jednego z najslynniejszych wspolczesnych artystow, ktorego dziela na majowej aukcji w sothesby's wyceniono na niemalze milion dolarow. po tak oszalamiajacym sukcesie malarz postanowil przekonac sie o tym jaka wartosc w ulicznym kontekscie uzyskalaby jego sztuka i wspolnie z redakcja faz przeprowadzil eksperyment, portretujac zwyklych przechodniow. pod koniec dnia artyste stac bylo na lepszy obiad w jednej z pobliskiej restauracji, zarobil bowiem okolo 50 euro.

artykul napisany zabawnie i ciekawie, a sama performance do zludzenia przypomina zdarzenie, o ktorym swego czasu na zielowym blogu pisal kriek we wpisie zatytulowanym perly przed wieprze.

czyzby zatem odwieczny recycling idei? dlaczego nie, skoro juz sam shakespeare zaopatrywal sie u seneki? calkiem prawdopodobne zatem, ze podobnym argumentem posluzyli sie kuratorzy wystawy documenta 12 /ruth noack i roger martin buergel/, ktora niedawno odbyla sie w kassel. podobnie bowiem jak u bella i richtera postawili oni sobie za cel odejscie od skostnialych struktur i uprzedzen na rzecz zainicjowania ciekawego dialogu i przesuniecia, a zarazem ozywienia perspektywy. organizujac studniowa wystawe i angazujac 113 artystow organizatorzy nadali jej szczegolny charakter. zadne z wystawianych dziel nie uzyskalo szczegolnego statusu, zadne uprzywilejowanego miejsca, a nazwiska artystow bioracych udzial w wystawie okryte byly tajemnica do momentu jej otwarcia na tyle, na ile tylko jest to w ogole mozliwe w przemedializowanym wspolczesnym swiecie. i o ile koncepcje mozna uznac za ciekawa o tyle jej efekt byl dosc latwy do przewidzenia. pozbawienie hierarchii wywolalo dezorientacje i fale krytyki. rozgniewani niemoznoscia zrozumienia sztuki odbiorcy nie potrafili zareagowac inaczej, jak odrzuceniem czy tez mniej lub bardziej dyskretnym poszukiwaniem wsparcia. znajdowali je w katalogu wystawy, w publikacjach, audycjach i na blogach /ze nie wspomne juz o tlumach owieczek grzecznie truchtajacych za jeszcze bardziej przerazonymi przewodnikami muzealnymi/. tworzono nawet generatory, ktore po wpisaniu tytulu dziela produkowaly jak na zamowienie opis w jezyku beurgela. w ten sposob kazdy chociaz przez pare minut mogl poczuc sie ekspertem sztuki i poplawic w postmodernistycznym, pseudonaukowym belkocie.

a sam buergel? w artykule napisanym dla tygodnika der spiegel krytykuje zabia perspektywe krytykow sztuki i dziennikarzy opisujacych wystawe. twierdzi, iz jest ona efektem ignorancji, braku motywacji, doswiadczenia, a nawet ucieczka przed wystawowa rzeczywistoscia.

coz. nie mnie oceniac czy documenta miala na celu zadowolenie proznosci kuratorow, krytykow czy publicznosci. byc moze byla swietna wystawa, ja osobiscie zachwycona nie bylam i dlugo musialam sie zastanawiac nad tym, ktore dzielo naprawde zrobilo na mnie wrazenie. doszlam do wniosku, ze najciekawszym bylo dzielo ines doujak: siegesgärten, ukazujace ciemne machlojki wielkich koncernow. ogrody zwyciestwa to 17 metrow grzadki z opakowaniami po nasieniu i wydrukowanymi na nich informacjami. dzielo to obrazuje nasza bezsilnosc wobec tego jak bardzo jestesmy zdani na laske ogromnych koncernow i tego co racza dla nas wyprodukowac. w zasadzie napawajace obawa opisy bezwzglednej polityki firm i wykorzystywanie krajow 3 swiata pozbawione skrupulow nie powinny juz zaskakiwac. ale jednak przeraza mnie fakt, ze praktycznie nie mamy wplywu na to, czy niewinny blady pomidor na kanapce jest dzielem przytulnego ogrodka pani zosi z koziej wolki czy raczej produktem z probowki czarnoksieskich gentechnikow etc.

no coz. o ile na temat dziel mozna by pisac w nieskonczonosc, o tyle twarze ich odbiorcow mowia same za siebie. ;)

podsumowywujac wyznac musze, ze coraz bardziej sklonna jestem przyznac racje mojemu ulubionemu historykowi sztuki, ktory usilnie twierdzi, ze odkad duchamp przykleil mona lizie wasy, odtad nic przelomowego w sztuce juz sie nie wydarzylo.

nocny matisse



19.02.2009

la joconde, endre tót, 1971/90.

in: superstars: das prinzip prominenz. von warhol bis madonna. hrsg. von kunsthalle wien & ba~ca kunstforum. 2005.

fikcyjna rzeczywistosc

poklon trzech kroli, leonardo da vinci, ok. 1481-82.

sztuka zycia jako zadanie glowne? wszechobecnie propagowany indywidualizm, bedacy wyrazem udanego zycia? czy raczej tylko zmudne, codzienne kosntruowanie, umiejscawianie samego siebie i innych wokol mnie?

bo nagle sama probuje odnalezc swe miejsce, zdefiniowac sie, zmierzyc i obliczyc swiat, by latwiej poddac go - a tym sama siebie - ustanowionym przeze mnie regulom. usystematyzowanie swiata, myslowe przenikniecie go, przyswojenie sobie w nadziei, na odnalezienie w nim odpowiednio sensownej pozycji, dla mnie, dla innych, wsrod innych, bez potrzeby kurczowego wskazywania im ich miejsca, bez potrzeby ingerowania w ich autonomie i odwrotnie.

i tylko czasem nie potrafie oprzec sie wrazeniu, ze w tym permanentnie towarzyszacym mi procesie racjonalizacji, Niestniejacy stal sie instytucja zbedna, a w najlepszym wypadku podrzedna. ze przestal mentorsko wskazywac mi droge i ograniczac ma wolnosc, ze zaczal egzystowac gdzies z boku, przygladajac sie z rozbawieniem mej nieudolnie zdobywanej wolnosci, miotaniu sie w kokonie autonomii. wiec tworze, za pomoca woli, odpowiedzialnosci i whatever czego tam jeszcze jakas rzeczywistosc, poddajac sie przy tym autorefleksji, najgorszemu wynalazkowi modernizmu, ktory stal sie nieomal forma egzystencji wspolczesnego czlowieka. autorefleksja bedaca iluzorycznym synonimem stabilizacji. i oklamanie samej siebie, ze przeciez wbrew wszystkiemu istnieja mozliwosci manipulacji rzeczywistoscia, a amerykanski mit (slynne: od pomywacza talerzy do milionera, choc dla mnie wazniejsze od materialnosci byloby tu osiagniecie intelektualnosci, uduchowienia) nie jest bajka dla naiwnych studentow i emigrantow. wiec ciagle podtrzymuje ma watla wiare, pomimo wszelakich badan filozofa/socjolga bourdieux lub tez tutejszego socjologa, ktory w swych dlugoletnich badaniach udwodnil niedawno, iz ok. 96 % przywodczych sil w obecnym systemie gospodarczym to dzieci ludzi zajmujacych takowe pozycje juz wczesniej i tworzacych owe hierarchie/systemy od wiekow.

tak, wiec nadal brne uparcie w dazeniu do perfekcjonizmu, konstrukcji niekoniecznie skonczonej, aczkolwiek idealnej. w dazeniu do geniuszu, najcenniejszego produktu w otaczajacym mnie swiecie, z tym calym istniejacym wokol niego kultem, hypem i pogarda dla zwyczajnosci.

i narzucajace sie pytanie, czy uduchowienie rownoznaczne jest z wrogoscia do swiata, do cielesnosci, z wkruwieniem na smietnik codziennosci (zarabianie na chlebek & mleczko, tudziez na szampan & kawior) z calym tym jego inventarzem zmudnych i pospolitych czynnosci. czy oddalenie sie, samotnosc i kontemplacja sa rownoczesnie synonimem tworczego zycia? i czy stary, dobry cezanne, tworzacy podczas alienacji z wyboru najlepsze dziela swego zycia (malujac np. wierzcholek jednej jedynej gory po raz 80 ;) stanowi najlepszy dowod powyzszej tezy? byc moze mial racje, zwracajac sie w liscie do pewnego mlodego malarza z prosba, by ow zdefiniowal cylinder, kule i kregle w sposob geometryczny, spogladajac na nie jednoczesnie z naukowo-artystycznej perspektywy?

trudno mi jednak pisac o oswojeniu rzyczywistosci, gdy ta wciaz zdaje sie byc nudna, wulgarna i do obledu koltunska. jednakze slowa cezanna pozwalaja wierzyc w to, ze pojecie przestrzeni, rzeczywistosci mnie otaczajacej nie jest czyms skostnialym i danym mi juz wczesniej przez nature. ze dopiero powstaje, jest dzielem mej, wlasnorecznie utworzonej konstrukcji.

lecz jak na ironie przyznac musze, ze matematyka, a juz o geometrii i architekturze nie wspomne, nie nalezala nigdy do moich najmocniejszych stron...

la dama con l'ermellino, leonardo da vinci, 1485-1490.

az nie do wiary, ze w swiecie, w ktorym szczytem marzen stala sie zmywarka do naczyn, a milosc zrdeukowana zostala do masturbacji nad rozkladowka z playboya, przetrwalo wlasnie takie miejsce. miejsce pozbawione banalnosci, pospiechu i zimnej aury kapitalizmu, przepelnione madroscia, duchowa atmosfera, cieplem, kultura, humanizmem. miejsce, w ktorym depresje, intrygi oraz krwawe vendetty nie mialyby racji bytu i w ktorym sekty a la scientology nigdy nie znalazlyby posluchu. miejsce, w ktorym falszywi misjonarze, chcacy doprowadzic swiat do dobrobytu i demokracji, pograzajacy przy tym pol swiata w bezmyslne wojny, nie zaistnieliby nigdy.

idealizujac w ten oto sposob krakowski pejzaz popijalam wysmienita kawe w kawiarni europejskiej, nie omieszkajac przy tym ukradkiem poobserwowac pary siedzacej na przeciw mnie. ona wysoka brunetka, w sztywnym kostiumie i ciasno spietych wlosach, on w najmodniejszym garniturze i w zapietej po szyje koszuli. oboje pochlonieci rozmowa na temat strategii marketingowych nie zwracali uwagi na otoczenie. w pewnym momencie jednak jegomosc poderwal sie, nerwowo wyjal srebrna, efektowna komorke i bez slowa przeprosin energicznym krokiem opuscil sale aby zatelefonowac. w swym pospiechu minal stolik, przy ktorym siedziala drobna kobieta z gromadka glosnych dziewczynek. dzieci byly bardzo ozywione i zatopione w absurdalne dla doroslego ucha dialogi. licytowaly sie roznymi przedmiotami i wyrazami, literujac kazde pojecie od nowa i z dziecieca naiwnoscia poddajac zwatpieniu rzeczy najbardziej oczywiste. z zadowoleniem obserwujac chaos, jaki tworza nie zwracaly uwagi na zaczytana mame. ta z kolei, wyposazona w luxus podzielnej uwagi, ze stoickim wrecz spokojem zdawala sie kontrolowac cala sytuacje, spogladajac raz po raz znad gazety. sprawiala wrazenie zarowno przygwozdzonej przed wiekami na czas tzw nieokreslony skrupulatnej gospodyni domowej jak i wyemancypowanej kobiety jednoczesnie. perfekcyjnie wyczuwala moment, w ktorym powinna byla surowym wzrokiem skarcic nazbyt glosne dziewczeta, czy tez ogolnie oddac sie pedagogicznym obowiazkom. spelniala je zaleznie od sytuacji ze swoiscie teatralnie zmarszczonym czolem lub kolezenska lekkoscia i humorem, precyzyjnie poslugujac sie arsenalem argumentow.

w pewnym momencie wyczulam ma niedyskrecje i postanowilam ponownie poswiecic sie lekturze najnowszego spiegla, gdy poczulam na sobie spojrzenie. odwrocilam glowe i ujrzalam mezczyzne, w ciemnych rogowych oprawkach, miodowej marynarce ze sztruksu i z papierosem w dloni. byl zbyt daleko, abym mogla mu sie przyjrzec, nazbyt blisko jednak, aby dostrzec, ze skupil na mnie swa uwage. oniesmielil mnie i zmusil do spuszczenia wzroku. ale zdazylam dostrzec jego chlodne, analityczne spojrzenie i gre gestow, pozwalajacych przypuszczac, ze gdzies tam w glebi klebia sie wulkaniczne namietnosci. moglam uniesc wzrok i sprowokowac moment podpalenia lontu. jednakze nie bylam pewna tego, jakiej bylby on dlugosci, wiec zrezygnowalam ;) wynikiem czego bylo chlodne ignorowanie sie, az w koncu zapomnienie, pozbawione nadziei na wyprobowanie nieznosnej lekkosci bytu w ramionach miodowego dzentelmena.

ostatecznie rozbawiona wlasna fantazja i domyslami zaplacilam horrendalnie wysoki rachunek i zrezygnowanie usmiechnelam sie do samej siebie, doskonale wiedzac, ze zmuszona bede zrewidowac moje wyidealizowane wyobrazenie o krakowie. jednak poki co, postanowilam zaczekac z tym do potem i podazylam w strone muzeum czartoryskich na spotkanie ludzi, ktorzy - jak skontastowalam pozniej - dzieki swej niepowtarzalnosci, madrosci, poczuciu humoru, etc., nie pozwola mi na jakiekolwiek rewidowanie.


lady writing a letter with her maid, jan vermeer, ok. 1670/1672.

zdziwisz sie zapewne, ze pisze do ciebie, a nie zaszedlem po prostu, jak to sie czesto zdarza, do twojej pracowni przed zapadnieciem zmroku. mysle jednak, ze nie mam odwagi, nie potrafie powiedziec tobie w oczy tego, co za chwile przeczytasz. wolalbym nie pisac tego listu. wahalem sie dlugo, bo naprawde nie chcialbym narazac naszej dlugiej przyjazni na szwank. w koncu zdecydowalem sie. sa przeciez sprawy wazniejsze od tego, co nas laczy, wazniejsze od leeuwenhoeka, wazniejsze od vermeera. przed kilkoma dniami pokazales mi przez swoj nowy mikroskop krople wody. myslalem zawsze, ze jest czysta jak szklo, a tymczasem klebia sie w niej dziwne stwory jak w przezroczystym piekle boscha. w czasie tej demonstracji sledziles badawczo i, jak mi sie zdaje, z zadowoleniem moja konsternacje. bylo miedzy nami milczenie. a potem powiedziales bardzo wolno i dobitnie: taka jest woda, moj drogi, taka, a nie inna.

pojalem, co chciales przez to wyrazic: ze my, artysci, utrwalamy pozory, zycie cieni, klamliwa powierzchnie swiata, a nie mamy odwagi ani zdolnosci dotrzec do istoty rzeczy. jestesmy, by tak rzec, rzemieslnikami pracujacymi w materii zludy, gdy ty i tobie podobni - jestescie mistrzami prawdy. jak wiesz, moj ojciec mial przy placu targowym gospode mechelen. przychodzil tam czesto taki stary marynarz, przemierzyl caly swiat od brazylii i od madagaskaru po ocean polnocny - pamietam go dobrze - byl zawsze tego podchmielony, ale znakomicie opowiadal i wszyscy chetnie go sluchali. byl atrakcja zakladu niczym wielki kolorowy obraz lub egzotyczny zwierz. jedna z jego ulubionych powiesci byla historia o chinskim cesarzu szy huang-ti.

otoz, ow cesarz kazal otoczyc panstwo grubym murem, aby odgrodzic sie od tego co inne, i spalil wszystkie ksiegi, aby nie sluchac napominajacego glosu przeszlosci. pod kara smierci zabronil uprawniania wszelkich sztuk. (ich calkowita bezuzytecznosc ujawnila sie sie z cala jaskrawoscia w obliczu tak waznych zadan panstwowych, jak budowanie twierdzy lub scinanie glow buntownikow). tedy poeci, malarze i muzycy ukrywali sie w gorach i zagubionych klasztorach; wiedli zycie banitow tropionych przez sfore donosicieli. na placach plonely stosy obrazow, wachlarzy, posagow, wzorzystych tkanin, przedmiotow zbytku lub takich, ktore mozna bylo uznac za ladne. dzieci, kobiety, mezczyzni chodzili w jednakowych strojach w kolorze popiolu. cesarz wydal nawet wojne kwiatom; ich pola kazal zasypac kamieniami. specjalny dekret stanowil, ze o zachodzie slonca wszyscy maja przebywac w domach, szczelnie zaslaniac okna czarnymi zaslonami, bowiem - sam wiesz - jakie szalencze obrazy potrafi malowac wiatr, obloki i swiatlo zachodu.

cesarz cenil tylko wiedze i uczonych obsypywal zaszczytami i zlotem. astronomowie przynosili mu co dzien wiadomosci o odkryciu prawdziwej lub urojonej gwiazdy, ktorej sluzalczo nadawano imie cesarza, tak, ze wkrotce caly niebosklon roil sie od swietlistych punkcikow szy huang-ti I, szy huang-ti II, szy huang-ti III i tak dalej. matematycy trudzili sie nad wynajdywaniem nowych systemow liczbowych, skomplikowanych rownan, niewyobrazalnych figur geometrycznych, wiedzac dobrze, ze ich prace sa jalowe i nikomu nie przynosza pozytku. przyrodnicy obiecywali, ze wyhoduja drzewo, ktorego korona tkwi w ziemi, a korzenie siegaja nieba, a takze ziarno pszenicy wielkie jak piesc.

na koniec cesarz zapragnal niesmiertelnosci. lekarze dokonywali okrutnych doswiadczen na ludziach i zwierzetach, aby zdobyc tajemnice wiecznego serca, wiecznej watroby, wiecznych pluc. ow cesarz, jak sie czesto zdarza ludziom czynu, pragnal odmienic oblicze nieba i ziemi, aby imie jego na zawsze zapisalo sie w pamieci przyszlych pokolen. nie rozumial, ze zycie zwyklego wiesniaka, szewca, czy handlarzy warzyw jest znacznie bardziej godne szacunku i podziwu - on sam natomiast staje sie bezkrwista litera, symbolem posrod wielu monotonnie powtarzajacych sie symboli szalenstwa i gwaltu. jak na tyle zbrodni, jak na tyle spustoszen, jakie czynil w umyslach i duszach ludzkich, smierc mial okrutnie banalna. udlawil sie gronem winnej latorosli. aby sprzatnac go z powierzchni ziemi, natura nie wysilila sie ani na orkan, ani na potop.

zapytasz pewne, po co to wszystko opowiadam i jaki zwiazek ma ta historia o dalekim i obcym wladcy z twoja kropla wody. odpowiem tobie na pewno niezbyt jasno i skladnie, w nadziei, ze zrozumiesz slowa czlowieka, ktory pelen jest zlych przeczuc i niepokoju. otoz obawiam sie, ze ty i tobie podobni wyruszacie na niebezpieczna wyprawe, ktora przyniesc moze ludzkosci nie tylko korzysci, ale takze wielkie, nie dajace sie naprawic szkody. czy nie zauwazyles, ze im bardziej srodki, narzedzia obserwcji doskonala sie, tym bardziej cele staja sie odlegle i nieuchwytne. z kazdym nowym odkryciem otwiera sie nowa otchlan. jestesmy coraz bardziej samotni w tajemniczej pustce wszechswiata.

wiem, ze pragniecie wyprowadzic ludzi z labiryntu zabobonu i przypadku, ze chcecie im dac wiedze pewna i jasna, jedyna - waszym zdaniem - obrone przed lekiem i niepokojem. ale czy przyniesie ona istotna ulge, jesli zastapimy slowo opatrznosc slowem koniecznosc.

zarzucisz mi zapewne, ze nasza sztuka nie rozwiazuje zadnej zagadki przyrody. naszym zadaniem nie jest rozwiazywanie zagadek, ale uswiadomienie ich sobie, pochylenie glowy przed nimi, a takze przygotowanie oczu na nieustajacy zachwyt i zdziwienie. jesli jednak koniecznie zalezy tobie na wynalazkach, to powiem, ze jestem dumny z tego, iz udalo mi sie zestawic pewien szczegolnie intensywny rodzaj kobaltu ze swietlista, cytrynowa zolcia, jak rowniez zanotowac refleks poludniowego swiatla, ktore pada przez grube szklo na szara sciane.

narzedzia jakimi poslugujemy sie, sa istotnie prymitywne - kij z przytwierdzona na koncu kepka szczeciny, prostokatna deska, pigmenty, oleje - i nie zmienily sie one od stuleci, podobnie jak cialo i natura ludzka. jesli dobrze rozumiem moje zadanie, polega ono na godzeniu czlowieka z otaczajaca rzeczywistoscia, dlatego ja i moi cechowi bracia powtarzamy nieskonczona ilosc razy niebo i obloki, portrety miast i ludzi - caly ten kramarski kosmos, bo w nim tylko czujemy sie bezpieczni i szczesliwi.

nasze drogi rozchodza sie. wiem, ze nie zdolam ciebie przekonac i ze nie zarzucisz szlifowania soczewek ani wznoszenia swojej wiezy babel. pozwol jednak, ze i my bedziemy uprawiali nasz archaiczny proceder, ze bedziemy mowili swiatu slowa pojednania, mowili o radosci z odnalezionej harmonii, o wiecznym pragnieniu odwzajemnionej milosci.

list johannesa vermeera do antoniego van leeuwenhoeka, z. herbert: martwa natura z wedzidlem. wyd. dolnoslaskie, wroclaw 1993.

avalon fallen in shrubbery, david lachapelle, 1995.

- ty sie tak za bardzo nie ciesz. niebawem czeka cie konferencja prasowa, na ktorej bedziesz musial cos o tych smiesznych slimaczkach opowiedziec.

- ech, kupie sobie okulary sloneczne i spokojnie, poradze sobie. ;) ty natomiast bedziesz miala o wiele trudniej, bo bedziesz musiala produkowac sie przed ludzmi, oprowadzajac ich po wystawie.

- ah, tym sie nie martwie, zdradzisz mi przeciez tajemnice twoich ogrodowych, barokowych dziwactw ;)

-no way :))

-boponiewaz? :)

- bo wierze w to, ze poradzisz sobie doskonale bez mojej pomocy ;) w koncu piszesz juz magistra prawda? bedziesz wiec w stanie dorobic kilka roznych ideologii do mego Dziela Sztuki ;)

- phi, od mojego magistra z daleka prosze, to dla mnie tak samo drazliwe jak twoje slimaczki dla ciebie :P

- nie przejmuj sie, zapewne, gdy skonczysz go pisac wejdzie w zycie nowa ustawa, stwierdzajaca, ze jestes nadkwalifikowana. i spedzisz kolejne piec lat na odkrecaniu calej swej wiedzy, zabijaniu skrzetnie wyhodowanych schillerowych komorek i uczeniu sie spojrzenia na rzeczy ponownie w sposob powierzchowny i upraszczajacy ;)

- coz, mam wrazenie, ze te umiejetnosc nabede i bez wprowadzenia takowej ustawy.

- ha ha, podwinac tobie spodnie? zmokly ci madralo :)

- chcialbys :)

- pewnie, ze bym chcial ;)

tworzac barokowe meandry ogrodowej architektury spedzilismy z amerykanskim profkiemartysta kilka wysmienitych godzin, wypelnionych interesujaca wymiana mysli, dowcipem, ale przede wszystkim erotyzmem. erotyzmem wywodzacym sie byc moze z faktu, ze bylismy dla siebie zakazanym owocem. lub wynikajcym raczej tylko z powodu tego, ze chaos, bloto, deszcz i naturalnosc zaistnialej sytuacji uczynily ja malo sterylna i dosc wyjatkowa.

i nagle, w obliczu powyzszego przezycia moja przedwczorajsza kolacja z przystojnym, mlodym chlopcem, pozniejsza przjazdzka jego ekskluzywym autem i maslane spojrzenie staly sie tylko bezbarwnym dodatkiem i pustym przezyciem. pozbawionym chocby grama iskry. bedacym podla imitacja, inscenizacja, byc moze obustronna, obelga wymierzona przeciw spontanicznosci. czyms malo intensywnym i nieprzekonujacym, uwiezionym w konwencjach, wyrachowanym zamierzeniem, zbyt oczywistym niestety, aby moglo ono zostac uwienczone sukcesem.


icart



le bar des folies-bergeres, edouard manet, 1881.

edmond de goncourt napisal :

nic na swiecie nie musi zniesc tylu bezsensownych uwag na swoj temat, ile obraz wiszacy w galerii. /w przekladzie wlasnym/

niemniej jednak intryguje mnie obraz maneta. jest jednym z wielu ciekawych przypadkow w malarstwie, w ktorych artysta posluzyl sie motywem lustra.

ale lustro wiecej tu znieksztalca niz odzwierciedla, dezorientuje anizeli pomaga, spekulacji konca nie znajac, moze dlatego lustro to speculum? ;))

kompozycja obrazu zdominowana jest przez dziewczyne stojaca posrodku, najprawdopodobniej barmanke. barmanka lekko wspierajaca sie dlonmi o marmurowa plyte, otoczona butelkami i patera, umieszczona jest w centrum obrazu. stoi ona przed ogromnym lustrem, zajmujacym prawie cale tlo malowidla i ograniczonym na dole zloto rama. w odbiciu po lewej stronie ukazana jest czesc baru, po prawej perspektywa dziewczyny od tylu. lewa strona odbicia ukazuje przypuszczalna sale baru z jej publicznoscia, z kobieta patrzaca przez lornetke na artystke siedzaca u gory na trapezie. mozemy tylko przypuszczac, ze publicznosc zwrocona jest ku artystce, ktorej nogi widac w gornym lewym rogu i w barze odbywa sie wlasnie jakies przedstawienie, variete. co ciekawe w prawym gornym rogu widac twarz mezczyzny, zwroconego ku barmance. jednak odbicie zaprzecza realnosci. w lustrze dziewczyna zdaje sie skupiac swa uwage na mezczyznie, w rzeczywistosci sprawia wrazenie zagubionej w myslach, czyzby typowy przyklad alienacji w "swiatlach wielkiego miasta" ? ;) jej samotnosc irytuje, tym bardziej, ze jest to samotnosc w centrum zycia, w ogromnej masie ludzkiej, uosobienie odizolowana, zarowno kognitywnego jak i socjalnego. jej spojrzenie zdaje sie zatracac gdzies w oddali, w zamysleniu, kontrastujac z frywolnoscia paryskiego, nocnego zycia.

odleglosc dziewczyny od butelek przedstawiona w odbiciu nie jest zgodna z wymiarem jej w rzeczywistosci. perspektywa spojrzenia, w ktorej ukazane sa butelki, powinna zgadzac sie z ta, jaka przypisana jest odbiorcy, ale nie jest do konca jasne, czy obserwator mialby w tym miejscu w ogole ziemie pod stopami.

wspierajaca sie dziewczyna tworzy geometrycznie trojkat, podczas gdy marmurowa plyta oraz balustrada publicznosci sa poziomymi akcentami w obrazie, natomiast dwa filary to akcenty pionowe.

ciekawa jest tez kompozycja kolorystyczna i swietlny kontrast. przytlacza ilosc detali, jak rowniez objektow zamieszczonych w obrazie. ukazane jest tu spoleczenstwo wyzszych sfer wieku 19, napawajace sie przed chwila wynaleziona elektrycznoscia, dzieki ktorej zycie nocne, puls wielkiego miasta powoli zaczynaja nabierac tempa.


physiologie de l.amour moderne

fugit amor, auguste rodin, ok 1887.

...dzielo rzezbiarza rodin, fragment pochodzacy z jego slynnych wrot piekiel, ktory zawsze obserwuje pelen niewymownej melancholii. ten kawalek marmuru kryje w sobie wszystkie straszliwe zmagania i cierpienia, towarzyszace konczacej sie milosci.

kobieta jest naga. lezac w pozycji na brzuchu, wije sie i szamoce, usilujac wyrwac sie z objec mezczyzny. swiadcza o tym jej mocno zacisniete usta, naprezone miesnie nog oraz dlonie, zanurzone we wlosach, w rozpaczliwym gescie obejmujace glowe.

jakiz to potworny wysilek? widocznie taki, jaki konieczny jest, aby uwolnic sie od mezczyzny, ktory lezac nago na jej plecach, spetal ja swymi ramionami. ramie przy ramieniu, udo przy udzie. on rowniez pragnie uwolnic swe cialo z jej wiezow, ale jej piekne piersi, ktore ujal w swe dlonie, powstrzymuja go od tego. nigdy, przenigdy nie bedzie potrafil uwolnic sie od nich, od piersi, ktore go zadreczaja, torturuja. jego twarz wykrzywiona jest grymasem bolu.

jakaz nienawisc miedzy nimi! - prawie tak silna i ogromna jak milosc, ktora ich wczesniej laczyla. gdyz oni sie kochali, milowali na smierc i zycie. kazde pojedyncze drzenie miesni, kazdy wysilek, jaki wkladaja w ucieczke od swoich cial sa miara ich uczucia. nie byliby zmuszeni dolozyc tylu staran, tyle sily w rosztanie, jezeli wczesniej ich pieszczoty nie bylyby pelne milosci. jednak w momencie, gdy ich spojrzenia mijaja sie, gdy usta stronia od siebie, a ich dusze przeklinaja sie nawzajem, wowczas skuci sa kajdanami pozadania. nie potrafia uwolnic sie od siebie.

ach, jak doskonale uczen mrocznego mistrza z florencji potrafil uchwycic cudowny moment poezji, jaki zawarty jest w ostatnim akcie milosci, czyli proces pekniecia, rozlam, rozstanie ostateczne.

paul bourget

veduta del ponte salario, giovanni battista piranesi, ok. 1760.

ten sam objekt: ponte salario. dwoje roznych artystow, dwie rozne perspektywy. z jednej strony chlodny, utrzymany w konwencji ryciny, czy tez szkicu piranesi, budzacy niepokoj, majestatyczny w swym pieknie. protestujacy przeciwko owczesnie panujacej w sztuce modzie, gloryfikujacej akademickie skostnienie. z drugiej strony plastyczny, utrzymany w cieplej tonacji obraz francuskiego malarza roberta.

piranesi umiescil wieze w centrum weduty, jego perspektywa jest dramatyczna, monumentalna, ludzie prawie niedostrzegalni, kontury wyraznie zaznaczone. stromy podjazd sprawia wrazenie nieprzychylnego ludziom, utrudniajcego im wszelkie proby przemieszczania sie. mezczyzna ciagnacy wozek pod gore przywoluje bardziej na mysl wspinacza wysokogorskiego, mozolnie zdobywajacego mont blanc. pomocnicza - z definicji - funkcja mostu zdaje sie tutaj nie miec znaczenia.

the old bridge, hubert robert, ok. 1775.

hubert robert natomiast umiejscowil wieze po lewej stronie obrazu, uzyskujac w ten sposob zupelnie odmienny punkt ciezkosci. jednak architektura zdaje sie byc tutaj zredukowana do roli tla, kulis, majacych na celu podkreslenie miekkiej, przyjaznej atmosfery oraz ludzi ja tworzacych. wieza w odroznieniu od hermetycznej i sprawiajacej wrazenie nieprzystepnej budowli z weduty piranesiego, zdaje sie byc przytulnym domem. wyposazona w balkon, a takze porosnieta gaikiem i umieszczona na dachu loggie ewokuje upragniona obietnice wloskiej specjalnosci, zananej pod slynnym pojeciem tzw. dolce vita. wyidealizowane wyobrazenia spotegowane zostaja stojacymi nad rzeka praczkami, zdajacymi sie byc kobiecym odpowiednikiem do meskiego elementu bukolicznych pejzazy, czyli pastuszkow. pomimo tego, ze most wydaje sie byc krucha konstukcja, mocna juz nadgryziona zebem czasu, nie mozna oprzec sie wrazeniu, ze stapanie po nim nie wywolalaby w nas leku czy braku zaufania.

nighthawks, edward hopper, 1942.

dzielo hoppera zdaje sie byc adekwatnym i precyzyjnym ucielesnieniem pewnego obrazu, okreslonego wyobrazenia obejmujacego owczesna ameryke okresu lat 30 i 40, jakie powstalo w oparciu o obejrzane filmy, przeczytane powiesci. jednakze fabula zdaje sie miec tutaj drugorzedne znaczenie, byc moze nie jest istotna w ogole.

postaci hoppera sprawiaja wrazenie pozbawionych zycia, a mimo to ciezko jest oprzec sie wrazeniu, ze kazda z nich ma bogate zycie wewnetrzne, nosi w sobie mnostwo pragnien, przezyc, problemow, nieoswojonych mysli i tych obecnych od zawsze, pozornie uladzonych, poznanych.

istotna role w tym obrazie odgrywa swiatlo. to ono nadaje dzielu sterylnosci, podwazajac swym zimnem mnostwo cieplych barw, jakimi posluzyl sie malarz. definiuje nas jako podgladaczy, jak kogos z zewnatrz, przygladajacemu sie sytuacji wrecz intymnej. paradoksalne, zwazywszy fakt, ze jest to bar, miejsce publiczne, dostepne w zasadzie dla kazdego, bedace synonimem kipiacego zycia, wesolosci. mimo to mozna poczuc sie niezrecznie, chociaz uczucie to niekoniecznie musi byc wynikiem ograniczenia nas do roli vouyera, lecz moze rowniez wynikac z faktu, iz osoby znajdujace sie w barze sa ucielesnieniem samotnosci. wzbudza wiec w nas empatie, pewna doze wspolczucia nad losem wyalienowanego czlowieka. czerwien kobiety zdaje sie krzyczec swa seksualnoscia, natomiast dyskrecja i powsciagliwosc mezczyzn zdaje sie wyrazac obawe przed bliskoscia. zlowieszczosc, niesamowitosc zageszczajacej sie atmosfery jest wrecz wyczuwalna, mimo, ze od uczestnikow sceny dzieli nas ogromna szklana sciana. samotnosc bolesna tym bardziej, iz ludzie znajdujacy sie barze postrzegaja sie nawzajem jako atrakcyjnych i na wskros interesujacych, a jednak nie potrafia przekroczyc tej magicznej bariery zblizenia. izolacja podkreslona nocna aura, pustymi ulicami, nieznosna powtarzalnoscia zdarzen i czcza monotonia, zdajaca sie nawiedzac te okolice kazdego wieczoru. samotnosc udzielajaca sie rowniez obserwatorowi obrazu, uswiadamiajaca mu jego wyobcowanie, dystans w stosunku do dziela.

bo kazda proba odczytania obrazu jest tylko pewnym experymentem, doswiadczeniem, podczas ktorego struktury czy tez tresc dziela latwo moga ulec znieksztalceniu, wypaczeniu. czyzby zatem renoir mial racje, mowiac, ze tego, co w obrazie jest rzecza najistotniejsza, zdefiniowac nie sposob?

a jednak, nadal probujemy zblizyc sie do obrazu w nadziei na zrozumienie, moznosc pojecia. z zimna kalkulacja oceniamy rzeczowosc obrazu hoppera, jego rezolutnosc, bezlitosnosc w odkryciu ludzkiej duszy, jego nieslychana umiejetnosc nadaniu pozornej banalnosci czegos na ksztalt wizji, majestatu. w upoetycznieniu codziennosci.

moja osobista asocjacja, jedna z pierwszych w kontakcie z tym dzielem byla ta, ze obraz ten jest przede wszystkim meski.